Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Islandia.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow AZJA arrow Azja Centralna 2006 Rozdział I
Azja Centralna 2006 Rozdział I PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Pastor   
18.11.2006.

Fajowa jazda po stanach

O przygotowaniach pitolił nie będę, bo po co. Dojazd na kołach (dwóch) też pominę. Niniejsze story będzie bez środkowej – odbytej na motocyklach części. Tym zajmie się lepszy fachowiec, więc to też będzie pominięte.

pamir_highway  

 

 

 

To co zostało po tych pominięciach wygląda jakoś tak:

 

Rozdział I czyli Bus Brothers z ziemi polskiej do kirgiskiej

Po całym dniu zjeżdżania się na Jojnowe podwórko, pakowania gratów, ustawiania i mocowania maszyn ma przyczepce, w końcu wzięliśmy i wyjechaliśmy. Był ósmy września coś ok. 19:00, więc było już ciemnawo.

W bramie wyjazdowej Franc zostawia lewą obrysówkę z przyczepy, ale kto by się duperelami przejmował, w końcu została jeszcze prawa. Jojna odprowadza nas wspomagany łącznością CB, na zakupy do jakiegoś Tesco, czy innego hiperszajsu. Nabywamy zapasy na drogę i większą ilość gorzały w szpanerskich flaszkach, w charakterze giftów dla milicjanierów i innej zarazy. Potem uściski, łzy, pożegnania, machanie osmarkanymi chusteczkami i wio!! Po drodze odstawiamy Mio do W-wy i grzejemy na granicę w Terespolu.

Image
Acha – jakby ktoś jeszcze nie wiedział, to nasz zaprzęg wyglądał tak:

Z przodu mamy 9-cio osobowego busa – Forda Transita 2,5D, z 1998 r. z nalotem coś ok. 220 tkm. Tylne fotele zostały wyjęte. Z tyłu zalegał bagaż jakoś do wysokości szyb. Na tym leżały materace, a na nich odwłoki kolesi odsypiających swoją zmianę.

Image
Z tyłu w pościgu za busem pędziła przyczepa. Wymiar paki 6000x2200. Całkowita długość 2x większa niż busa…  Masa własna coś prawie 1 t. a na niej 3 AT i 3 GS2V. Osiągi całego zestawu porównywalne z Ursusem C330 z 2 przyczepami pełnymi buraków pastewnych. Niestety pod górę traktor wyprzedziłby nas jak Kubica rower.

To tyle techniki, wracajmy do podróży.

Nad ranem docieramy na granicę w Terespolu. PL strona puszcza nas gładko, ale Białorusini już nie… Wszyscy mili i w ogóle sympatyczni, ale dowiadujemy się, że obowiązuję jakiś popierdolony przepis, że na 1 środek transportu ma przypadać 1 wwożący go człowiek. Notarialnie potwierdzone i przetłumaczone upoważnienia z mnóstwem kolorowych pieczątek, owszem – są bardzo ładne oraz niezwykle potrzebne, ale zasadniczo jesteśmy w głębokiej dupie. Mamy 6 motocykli i busa z przyczepą, a jest nas tylko 4 szt, więc równanie: adin ciełowiek = adna maszina za cholerę się nie zgadza i koniec. Próby skorumpowania wszystkich dookoła nie przynoszą rezultatów. Strach przed Łukaszenką zwycięża i nikt nie chce brać!

Na szczęście przypadkiem spotykamy Krzyśka – faceta, który zna wszystkich i wszystko na tym przejściu. I w dodatku chce kupić AT! Afrykańska solidarność zadziałała – Krzysiek uzgadnia z wodzem białoruskich celników tryb postępowania. W skrócie: Wracamy zaprzęgiem do kraju, zostawiamy beemy i przejeżdżamy przejście jeszcze raz, na trochę innych upoważnieniach w naprędce sfabrykowanych i przefaxowanych przez Jojnę. Zostawiamy na Białorusi zaprzęg z przerażonym Młodym w środku i przewiezieni cichcem przez Krzyśka i jego kumpla do kraju przejeżdżamy przejście jeszcze raz na swoich beemach.

W ten sposób już po 12 godzinach jesteśmy w komplecie na Białorusi.

W międzyczasie zdychają prądy w busie. Wszystkie znaki na niebie, ziemi i pod maską, świadczą że skończyły się szczotki w alternatorze. Kilka pieszczotliwych jebnięć młotkiem w alternator odwiesza zawieszone szczotki i na kilka godzin ładowanie wraca. Do kabla zasilającego wcześniej CB radio podłączam woltomierz – mamy ciągłą kontrolę ładowania, za to nie mamy już CB. Wprawdzie diesel bez prądu jedzie bez problemu, ale nieopatrzne wydojenie akumulatora może nas uziemić, więc trzeba uważać. Bez rozrusznika nie odpalimy naszego zaprzęgu na pych, a szansa na spotkanie Pudzianowskiego na Białorusi jest raczej słaba.

Mija 36 godzin bez snu, a my wtaczamy się na białoruskie hajłeje. Każdy po kolei prowadzi ile może, reszta szybko odsypia zaległości. Białoruś przelatuje nam w zasadzie bezstresowo. Gliny się nie narzucają, droga świetna, ruch w nocy żaden, tylko płatności za autostrady spore. W sumie ok. 50 USD. Młody – jedyny nie-kierowca dzielnie asystuje prowadzącym w nocy. Na mojej zmianie trafia nas kolejna zapaść prądowa – chwilę trzeba przejechać autostradą na wyłączonych światłach w poszukiwaniu miejsca zdatnego do zatrzymania busa. Na szczęście Łysy w pełni, do tego świecimy sobie czołówkami i jakoś jechać się da ;-)

Rano docieramy do ruskiej granicy. Napięcie rośnie. Napięcie psychiczne mam na myśli, bo alternator trzeba czasem pobudzać młotkiem. W kolejce do pierwszego szlabanu Franc bierze sprawy (i 20 dolców) w swoje ręce i IDZIE ZAŁATWIAĆ. Po paru minutach wraca zadowolony jak cholera – szlaban sterczy pięknie wyprężony w górę! Zwycięstwo! Odprowadzani zdumionym wzrokiem przez szlabaniaża wjeżdżamy… na jakiś cholerny parking strzeżony.

Prawdziwa granica jest dalej. I dopiero tam zaczyna się prawdziwa przeprawa. Trwa to 8 godzin wypełnionych lataniem za kwitami i kosztuje jakieś 150 USD za przymknięcie oczu na tą samą co poprzednio matematykę + spoooro rubli za jakieś inne głupoty.

W końcu wtaczamy się do Rosji. Kraj jest wielki, a bus wyciąga w porywach 80 km/h, więc spędzamy tam parę następnych dni. Nie chce mi się wyliczać ile, bo wszystkie były takie same. Ciemne i deszczowe. Ciemne pewnie dlatego że prowadziłem na nocną zmianę, a dzień przesypiałem. Chłopaki pewnie napisali by co innego, ale tylko mi się chce coś napisać, więc będzie po mojemu. Zmiany mamy ustawione mniej więcej tak – rano Jarek (zwany później Czystym), potem Franc, a w nocy Pastor. Za dnia Franc odpoczywa na przednim siedzeniu gotowy do szybkiej zmiany miejscami z Jarkiem. Po co? Tylko Franc ma prawko CE uprawniające do powożenia taką wielką przyczepą. Wg obiegowych legend, na wschodzie miało być tak, że za prawko wystarcza nawet bilet miesięczny. Niestety lokalni milicjanierzy są kumaci nie mniej od naszych i prowadzenie bez stosownej kategorii bywa kosztowne. Czasem bardzo kosztowne.

W nocy chłopy żeby się wyspać muszą iść na tył, a z przodu siada Młody w charakterze budzika i kontrolera ładowania akumulatora. Nie mam już Franca na podmiankę, więc każda kontrola musi coś dostać. Czasem kończy się na flaszce i czapeczce Warki, a czasem na grubym wsadzie gotówkowym. Raz wypatroszyli nam busa, a Młodego rozebrali do majtek i wymacali lufą Kałasznikowa… Ot taka milicyjna kamasutra.

Alternator coraz częściej dostaje napadów lenistwa. Jasną sprawą jest, że musimy wymienić szczotki, póki jesteśmy w zasięgu prawie europejskiego zaopatrzenia. Kupujemy brzeszczot do metalu i wielkie szczotki z rozrusznika Kamaza jako materiał do rzeźbienia. To na wszelki wypadek – jako zabezpieczenie przed awarią gdzieś w lesie. Niestety okazuje się, że motocyklowym kompletem kluczy nie da się wydłubać tego cholernego alternatora, który ma na dodatek pompę od serwa na wspólnym wałku. Na szczęście w Niżnym Nowogrodzie trafiamy na konkretny warsztat. Wspólnymi siłami z właścicielem wyrywamy busowi alternator, dorabiamy szczotki z Łady i sprawę mamy definitywnie z bani.

Żeby nie było za fajnie, krótko po naprawieniu alternatora zdechła część instalacji – nie mamy zasilania w gnieździe zapalniczki (żegnaj grzałko na 12V!), podświetlenia tablicy rozdzielczej i lewego światła w przyczepie. Ale jechać się da, więc jedziemy. Tylko na robienie kawy w locie nie ma już co liczyć. Jadąc w nocy jestem trochę wolniejszy niż za dnia, więc żeby utrzymać przyzwoita średnią staram się nie robić niepotrzebnych przerw, np. na kawę. Jako że w nocy kawa jest niezbędna do życia – nauczyłem się ją żreć na sucho i zapijać Colą. Działa jak dynamit! Poza tym wywołuje ból brzucha, co jeszcze pomaga pozbyć się senności.

Do Uralu docieramy o zmierzchu. Zaczynają się dłuuugie podjazdy na jedynce i non stop kontrole glin. Kasy ubywa błyskawicznie – staje się jasne, że tu prowadzić musi Franc, bo złupią nas do reszty. Franc to wprawdzie facet z żelaza (i trochę z betonu), ale nawet on prowadzić non stop nie może, więc decydujemy się na postój na płatnej stojance. To takie współczesne wersje karawanserajów dla ciężarówek – na takich parkingach jest wszystko; płoną grille, są stragany z częściami zapasowymi, ciuchami, żarciem i pamiątkami, a całość jest strzeżona przez grubych panów w dresach. Franc odsypia jakieś 5 godzin i przed świtem toczymy się już dalej przez Ural.

Na Uralu standardowa rozmowa gliniarza z Francem wygląda tak:

- bla bla bla…. No to płacicie 40 dolców

- Za co????

- Jakbym wiedział za co, to byście musieli zapłacić przynajmniej 100.

Standardowa rozmowa z Jarkiem czy ze mną wygląda inaczej. W tym przypadku od razu na starcie mają “za co”… I w ten sposób cały zapas siana poszedł na wspieranie przyjaźni polsko-rosyjskiej jeszcze przed Czelabińskiem. A miało nam starczyć na drogę w obie strony, hehehe…

W Czelabińsku uczę na stacji pompiarza co się robi z kartą kredytową. W tym czasie chłopaki gaszą śmiechem lokalnych żuli udających mafię. Podjechali do busa poderdzewiałym merolem W124 z workami na śmieci na szybach i zasugerowali, że oni tu rządzą i musimy wykupić kwit za 100 EUR coby spokojnie dojechać do Kazachstanu. Nawet nasz mało rozgarnięty pompiarz ich wyśmiał.

Potem wizyta w bankomacie i już mamy za co dojechać do Kazachskiej granicy, co niniejszym czynimy.

Dojeżdżamy na granicę w nocy. Odprawa po ruskiej stronie jest sprawna i bezbolesna, za to Kazachowie robią nam niezłe rodeo… Wszyscy pogranicznicy są nawaleni. Od jednych tylko trochę jedzie, a inni już smacznie śpią tam, gdzie ich niemoc dopadła. Najpierw długo i mozolnie negocjujemy wysokość wstępnej łapówy dla komendanta zmiany. W tym czasie w pokoju obok, jego zastępca posuwa swoją koleżankę ze zmiany. Trochę wspólnie rechoczemy z wydawanych przez nich odgłosów, co ostatecznie przełamuje impas w negocjacjach i w końcu jesteśmy po kontroli paszportowej. Teraz pora na kontrolę celną i tu znowu zaczyna się pałowanie ze znanym z poprzednich granic problemem. Inspektor życzy sobie podarek. Dostał jakieś fanty i flaszkę Sobieskiego. To był błąd – w połowie wypełniania kwitów poleciał z tą flaszką w cholerę i tyle go widziano. Przylazł drugi i wszystko zaczęło się od początku… W sumie po 6 godzinach, 300 dolcach (!!!) i bliżej nieokreślonej ilości rubli i tengów, dostajemy się o świcie do Kazachstanu.

Zaczynają się dłuuuugie proste przez step i kończy się nareszcie deszcz. Gliniarze są raczej mało nachalni i jedzie się całkiem przyzwoicie. Droga płaska, w miarę równa, tylko parę objazdów przez step po paskudnych dziurach. Czasem udaje się nawet wyprzedzić jakiegoś Ziła. Ale tylko czasem.

Jadę do wschodu słońca, a wschód słońca nad stepem jest tak piękny, że nie mogę potem za dnia zasnąć. Z tego niewyspania zaliczam potem totalną zwałkę już przy naprawianiu pierwszej flaszki na imprezie powitalnej w Biszkeku. Ale zanim wjedziemy do stolicy Kirgistanu przejeżdżamy półtora tysiąca km w jakieś półtorej doby. Na szczęście bez większych przygód. Do granicy docieramy po południu. Wszyscy trąbią jak popieprzeni i przeciskają się jak barany. Czuć, że to już bardziej Azja niż Sojuz. Niestety Sojuzowe przepisy obowiązują także tu i na rozwiązanie tego samego problemu co na poprzednich granicach, trzeba było wywalić znowu trochę zielonych. Na szczęście luz panuje tam jakby większy i trwa to tylko jakieś 4 godziny, po czym wjeżdżamy do Biszkeku. SMSowa łączność z resztą załogi nie zawodzi. Zawodzi tylko GPS Franca, na którym nie można wpisać cyfry 8 przy podawaniu współrzędnych. Ciekawa awaria… W każdym razie zwiedzamy Biszkek dość wnikliwie, wlokąc się zaprzęgiem po ciemku, dopóki jakaś dobra dusza w mercu nie wyprowadza nas na właściwą drogę. Spotykamy się w końcu z załogą i tu zaczyna się ta zasadnicza – środkowa część opowieści, którą napisze Kierownik Wycieczki Kolega Sambor.

 DataTytuł pozycjiAutorOdsłony
26 lis 2006Azja Centralna 2006 - Rozdział IISambor12200
14 gru 2006 Azja Centralna 2006 - Rozdział IIIPastor7718

Komentarze

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się by dodać komenytarz.

Powered by AkoComment 2.0!

Zmieniony ( 27.12.2006. )
 
wstecz

Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 35 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.