Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Norway.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow RUMUNIA arrow Transalpina 67C - Urdele pass, Romania 2006
Transalpina 67C - Urdele pass, Romania 2006 PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Mazby   
18.08.2006.

Transalpina 67C - Urdele Pass , Rumunia 2006 

... podjeżdżam pod osuwisko. Od chwili wjazdu na trawers widziałem te spadające piargi, ale miałem jeszcze nadzieję. Z lewej ostry stok. Z prawej kilkaset metrów stromej ściany. Zawrócić? Kilka kilometrów za mną zaliczyłem błotnisty zjazd. Na tych oponach nie mam szans podjechać. Typowa "pułapka na szczury". A przełęcz? Gdzie przełęcz skoro od kilkudziesięciu minut wysokościomierz jest ponad cyfrą 2000...

 

Image
Rumunia mnie kusiła od kilku sezonów. Reżim upadł i nie wiadomo było co tam się dzieje. Początkowo dochodziły niepokojące informacje o przygodach z Policją i tubylcami. Ostatnio jednak coraz więcej ludzi wracało oczarowanych krajobrazem i ..ciepłym przyjęciem przez mieszkańców. Zacząłem robić wstępny plan podróży bez określenia terminu wyjazdu.
Celem nadrzędnym jest droga „Transalpina 67C”, mniej znana , jako Przełęcz Urdele. Podobno kilometry szutru z dala od klasycznie turystycznej Trasy Transfagarskiej. Zapłonem była wyprawa zaproponowana na forum Motostrady. Zgadałem się z Adamem i mieli mnie wsiąść po drodze. Miał to być tylko szybki rekonesans tym bardziej, że sprzęt foto był w naprawie. 

Piątek-
Chłopaki wpadają późnym wieczorem w składzie: Adam na RS i czwórka na dwóch Kasetach. Ognisko i kiełbaski przeplatane piwem do północy. 

Image
Sobota -
Odpalamy o 8 rano. Słowacja i Węgry od strzała z przerwami na tankowanie. Na granicy miłe rozczarowanie. Strażnik wyłuskuje nasze motki z kolejki czekających, wbija stempelki i każe gnać. Robimy 30 km i chłopcy dają po hamulcach. Legendy o szalonych kierowcach jeżdżących bez świateł każą szukać noclegu. Do Karpat mamy ze 3 stówy i trochę to wali mój plan rannego ataku na przełęcz. Za Tileagd przejeżdżamy zaporę i jedziemy wzdłuż brzegów zalewu. Wysoko na wale widzimy namiot i dajemy stop. Odnajdujemy dróżkę na wał naprzeciw kościoła w  Ulieacu de Cris. W nocy ulewa zgodnie z mapką  ICM-Meteo, a powinniśmy być kilkaset km na Południe w strefie wyżu. 

Niedziela -
Lampa! Słońce praży i ani śladu chmur. Wbijam "spanko" do GPSa i kierujemy się na Cluj-Napoca. Rumuńskie miasta nie mają obwodnic i przebijanie się wymaga dużej uwagi. Trzymam się kierunku geograficznego i wylatujemy na Alba Iulia. Drogi super, tak pada kolejna legenda o Rumunii. Daję w gaz, a ekipa po hamulcach. Kolejny postój na kawkę , siusiu i... Postanawiam się odłączyć, tym bardziej, że nikt nie chce ze mną przetestować szuterku pod Urdele.
Wpadan do Sebes i szukam wjazdu do doliny Urdele. Nikt nie słyszał takiej nazwy i schodzi mi chwila nim odnajduję wjazd.

Image
Ze zdjęć satelitarnych i mapy drogowej wynikało, że atak na Urdele powinienem zacząć od Północy. Życie miało zweryfikować teorię. 67C zakończyła chlubną nazwę szosy już za Sebes, a od  Sugag jest już regularny szuter, co spowalnia mi średnią. Droga zaczyna się wspinać i przechodzi w rozjeżdżone błoto. Po kilkunastu "water-splash" nabieram wprawy i wypluwam resztki kałuż. Po 40 km droga zaczyna się wić wzdłuż jeziora. Coraz częściej objeżdżam świeżo przekopane zawaliska skał. 60-ty kilometr szutru kończy skrzyżowanie z drogą 7A z Brezoi. Tu powinienem dojechać wygodnym asfaltowym skrótem od szosy E81, co by mi oszczędziło ponad 60km "gry wstępnej" po wertepach. Ale stało się. Skrzyżowanie dróg nie ma nazwy, a powinno. Jest tu wielkie obozowisko. Nie nazywam je dzikim kampingiem, bo Rumuni rozbijają namioty wszędzie w górach gdzie chcą i nie ma nawet oficjalnych kampingów. Potrafią swoimi Daciami jechać po 20 km przez wertepy żeby odpalić grila i walnąć browar. Zaczynam ich lubić. Skręcam kilometr na Wschód i odnajduję wjazd  na Urdele...z ogromnym zakazem wjazdu. Uff, ulga, mam usprawiedliwienie żeby sobie odpuścić. Zagaduję grilującą rodzinkę czy mogę tam wjechać. Płynnym francuskim przemili Rumuni zachęcają do dalszej eksploracji. Ale czy ja tam wjadę? Patrzą na upapranego GSa i kwitują - Tym moto, no problemo! - facio jeszcze dodaje - dwa lata temu przejechałem tam swoja Dacią...
-
Urdele samochodem z jednym napędem?  - wyjąkuję.
- Jasne, przecież to droga jak każda .- odpowiada. To po co ja tam jadę? Jak się później okaże, rumuńscy kierowcy są bardzo...szczególni.
Wbijam się w las i od strzała zaczynają się serpentyny. Nawierzchnia straciła juz dawno swą szlachetną nazwę i jadę po mieszance szutru i błota, omijając półmetrowe wyżłobienia po deszczach.

Image
Zakole po zakolu, woda, dziura,woda, zakole , a wysokościomierz nie nadąża. 1500, 1600, 1700 mnpm. Po kilku kilometrach wykopywania się przez zrywki drzewa , watersplash, potężna kałuża. Nagle widzę pędzący cień psa pasterskiego. No ładnie, gorzej już nie będzie.  A jednak. Z drugiej strony drugi pies, większy. Wpadam do kałuży po osie. Jak się wywalę to mnie zeżrą! Bryzgi i wyskakuję na suche. Psy mnie dopadają.- Jak zobaczysz psy to krzycz "czauczesku" - przypomniałem sobie ostatnie słowa Rumuna z obozu. Chyba żartuje, pomyślałem wtedy. Drę się na  wściekłe ludojady i ...efekt piorunujący, stają jak wryte!
No comments...Rumunia to bardzo tajemniczy kraj.
Image
Przy 1800 na wyświetlaczu opuszczam lasy i wyjeżdżam na połoniny. Szutrówka meandruje wśród łąk.  Gdzie niegdzie stada owiec, koni i krów.  Coraz wyżej i wyżej. Szuter przechodzi w progi skalne, ale ślad jest podwójny , co sugeruje samochody. Łąki ciągną się aż na 2000. Karpaty takie są. Połoniny, jak w Bieszczadach, aż do szczytów.

 

Image
Wyjeżdżam z jednego kotła do drugiego i kolejny raz mam wrażenie, że wjeżdżam na przełęcz. GPS wskazuje, że planowana przełęcz jest tuż, tuż...planowana. Wjeżdżam na grań i ukazuje mi się bajeczna panorama. Niskie chmury przelewają się przez siodła, a stoki skąpane w słońcu wyglądają jak tapeta Windowsa.

 

Image
Grań ciągnie się kilometrami, raz wyżej, raz niżej. Ani śladu przełęczy. Droga , jak wstęga wije się wzdłuż grani, trawersując szczyty raz od Północy raz od Południa. Mogę uznać , że to przełęcz Urdele i wrócić. Mam za sobą ponad 80km szutrówki i obolałe ręce. Wskaźnik paliwa ogłupiał i nie wiem ile mi zostało. Przede mną conajmniej jeszcze 40-50km ...niewiadomo-czego. Widok tak piękny, że nie wytrzymuję i wrzucam jedynkę.
Dalej zaczyna się zjazd. Powolne zeskakiwanie z kamiennych progów. Co chwila stop i pochłaniam widoki. Przelatujące chmurki zmieniają tonację świetlną i kolory przechodzą od złota po miedź. Trawersuję wyjątkowo stromy stok i zbliżam się do błotnistego zjazdu. Część stoku odpłynęła zabierając drogę ze sobą. Dumam jak to pokonać i dochodzi do mnie cichy pomruk diesla. Odwracam się i widzę, jak moim śladem posuwa się stara ciężarówka. Nie wierzę własnym oczom, a jednak to prawda, że droga 67C nadal jest ...drogą. Fura się zrównuje ze mną i zatrzymuję ją gestem. Faciu ćmi peta i uśmiecha się. Pokazuję gestem ruchy kierownicy, potem na niego i unoszę kciuk, co ma oznaczać "Jesteś super kierowca!". Gościu podwaja uśmiech i wskazuje na mnie potakując- "Ty też..." Zdejmuję kask i klepię się po łysinie..."no nie jestem już taki młody". W odpowiedzi pokazuje gestem dłoni -"nie jest tak źle". Po chwili grzebie za plecami i wyciąga oblepioną flaszkę. Kręcę głową i pokazuję na moto "muszę być trzeźwy" . Teraz ja wyciągam z kieszeni snikersa, przełamuję na pół i częstuję kompana przygody. Żujemy chwilę w milczeniu przerywając gestami "jak tu pięknie", "wiem bo ja jestem stąd" itd. Po chwili odpalamy sprzęta. Pokazuję mu "Pan pierwszy" i wskazuję na zasypany trawers. Uśmiecha się i jedzie. Przed osuwiskiem ciężarówka daje w gaz i kieruje się w poprzek ku górze. Unoszona bezwładnością osuwa się w dół do przodu i wyjeżdża z błota idealnie w osi drogi. Dobre! Ale jak to zrobić na dwóch kołach. Rozpędzam się i kieruję w górę stoku. Wbijam się w błoto i zaczynam się osuwać w dół. Koło miele maż i wyjeżdżam na samym skraju półki. Daję w gaz i wyprzedam dryndę. Kątem oka widzę kciuk Rumuna. Macham  pa pa i jadę dalej.

Image
Teraz trawers zmienia się na Północny i zaczynają się kamory. Ich wielkość dochodzi do granicy moich możliwości manewru. Motek skacze na boki, a tylnie koło szuka zaczepienia i wywala kamory w powietrze. Nawierzchnia przechodzi w mniejsze piargi.
Odrywam oczy od przedniego koła i zerkam dalej naprzód. Lekki dreszczyk przechodzi po plecach, może się mylę... Jadę jeszcze kilometr i teraz widzę wyraźnie....
Podjeżdżam pod osuwisko. Od chwili wjazdu na trawers widziałem to osuwisko piargów, ale miałem jeszcze nadzieję. Z lewej ostry stok. Z prawej kilkaset metrów stromej ściany. Zawrócić? Kilka kilometrów za mną zaliczyłem błotnisty zjazd. Na tych oponach nie mam szans wrócić. Typowa "pułapka na szczury". A przełęcz? Gdzie przełęcz skoro od kilkudziesięciu minut wysokościomierz jest ponad cyfrą 2000...? Czekać na Rumuna z ciężarówką? Jest daleko, kilka kilometrów, jedzie w dół bardzo powoli. A może ten sam numer co w błocie. Schodzę z maszyny i oglądam wysypisko kamyków. Z poziomu ziemi widzę dwie wstęgi innego odcienia. Skubańcy! Jechali tędy samochodem. Ślad kół idzie w górę, potem wyraźne rysy osuwania się w dół. Kręcę głową z podziwem. Wystarczy źle to wyliczyć i jedziesz z piargami na dno doliny. Adrenalina robi swoje i zapalam silnik. Drobny szuter da przyczepność, ale nie na tyle żeby się wkopać pod górę. Musze się trochę rozpędzić po płaskim. Cała nadzieja w masie BMki. 250 kg potrzebuję conajmniej 1,5 sekundy żeby się obalić. Przyśpieszam. Serce mi wali. Skręcam w lewo i daję po wtryskach. Motek idzie w gorę lepiej jak myślałem. Jeszcze chwila i będę za wysoko. Nagle cały stok jedzie w górę beze mnie! Nie, to ja się osuwam! Ryję do przodu i patrzę na zbliżającą się z dołu oś drogi. Zaczepiam przednim kołem o "stały grunt"  i zaczynam się obracać tyłem do spadku. Gaz na full i wyskakuję na drogę. Stoję równo między dwoma wyjeżdżonymi śladami drogi! Jestem debest! Zaczynają mi drżeć ręce i uświadamiam sobie co zrobiłem. - "Popierdoliło Cię !" - huczy mi w głowie. -"Ojciec dzieciom, mąż żonie a ty co ?"-. Bon Jovi podpowiada "You wonna live forever...?" . Uśmiecham się od ucha do ucha i ..."napewno nie!"..manetka ku sobie i szarpnięcie do przodu. Dalej.
Teraz wiem dlaczego pytani o przełęcz Rumunii marszczyli czoła. "passo, pass...? Urdele OK, ale przełęcz..??". Przełęcz Urdele to kilkunastokilometrowy trawers szczytami grani. Na pierwsze siodło wjeżdża się na 2100 i pokonuje kolejne. Potem zawijasy wynoszą cię na 2145 mnpm i to jest najwyższy punkt drogi przez Urdele. Pokonuję to miejsce i w dole widzę ...osiedle nowiutkich domków!

Image
Zjeżdżam skalnymi "schodami" mijając pieszych turystów. Wjeżdżam do górskiego "miasteczka" i wpadam na ...asfalt! Gdybym atakował Urdele od Południa to podjechałbym wygodnym asfalcikiem prawie pod samą przełęcz...nie do wiary! Pytanie - czy wtedy pojechałbym dalej i przejechałbym całą drogę "Transalpine"? Tą właściwą transalpejską, bo taką nazwę przykleja się do Transfagarskiej i Urdele zapadają się w zapomnienie...dla mnie nigdy! 
Przepiękne zygzole po przepięknym asfalcie i wypadam na 67 do Pitesti. Mały postój na lokalnym parkingu, tradycyjnie zasypanym ogromną kupą śmieci i gnam dalej. Postanawiam olać powrót przez szosę 7 i zaliczyć "Transfę". Wpadam do Ramnic Valce, żeby skrócic sobie drogę i zakopuję się w mieście. Pomaga sympatyczny taxi-man, innych Rumunów nie spotkałem, i wpadam na 73C do Curtea De Arges. Jest już noc więc jadę ostrożniej. Słusznie, bo na środku szosy ogromna góra piasku! Mały przekop puszcza po jednym autku. Trochę dalej droga się urywa i wjeżdżam we wielką piaskownicę. To taki lokalny objazd drogi w budowie. No cóż, rumuński folklor. Kilka autek bez świateł, ale w końcu to droga lokalna. Kątem oka widzę w przebłysku reflektora ludzi przed domami. W kompletnych ciemnościach siedzą i prowadzą życie towarzyskie. Wpadam na 7C i zaczynam szukać miejsca pod namiot. Teren zabudowany ciągnie się aż pod ruiny zamku Drakuli przed jeziorem Vjdraru. Wielka tablica "Trasa Transfagarska" obwieszcza, że oto "śtraśnie śtraśna szosa górska"...zobaczymy i patrzę na resztki błota z Urdele.
Przed Golotreni widzę obozowisko namiotów przykrytych folią i kojarzę to z cyganami, więc jadę dalej. Co druga polanka przy drodze usiana namiotami. Faktycznie, można obozować gdzie się chce i tak robią Rumuńskie rodziny. W końcu jest week-end. Pokonuję zaporę na jeziorze i wjeżdzam w  lasy Transylwanii. Olewam Drakulę i przytulam mój namiocik do innego namiociku na małym parkingu. Wiem dlaczego wszystkie namioty zakryte są folią. W nocy tak walnęło z nieba, że musiałem przez chwilę podtrzymywać rękami wątłe fiszbinki mojej jedyneczki. Tylko chwilę... 

Poniedziałek-  
Lampa. Słońce smaży i temperatura rośnie. Macham do sąsiadów na małym parkingu, a oni gestami pokazują gdzie jest woda, a gdzie robić...WC. Najfajniej pokazywali WC. Gesty w Rumunii to ważny aspekt komunikacji i "public relation". Wyjeżdżam z lasu i ukazuje mi się niesamowity widok. Osłoneczniona grań górska i zawijaski szosy. Daję w manetkę i wkręcam się w przepiękne zygzole. Wspaniała nawierzchnia niesie do kolejnej doliny, coraz wyżej i wyżej. Szerokie łuki i pobocza dają komfort szusowania na znacznej kicie. Zwalniam i przelatuję kolejną przełączkę. Rumuńskie Karpaty są porośnięte łąkami aż po szczyty, co nadaje im miły, niegresywny wygląd. Nie ma w nich nic z przytłaczających Alp , czy wręcz demonicznych Tatr. Zatrzymuję się na kolejnym wirażo-parkingu i dołączam do innych wzdychających, porażonych pięknem gór.

Image
Pode mną pokręcona, jak taśma gimnastyczki, szosa na tle szmaragdowych łąk. Gdzieniegdzie, z rzadka, ścianki skalne przypominają, że to jeszcze nie Raj. Zdemoralizowany niedawnymi wrażeniami z Urdele, odpalam sprzęta i cieszę się super nachylonymi wirażami. Lekko wypłukany asfalt stwarza powierzchnię o przyczepności papieru ściernego nr.24 i bieżnik czernieje po brzegi.  Wspinaczkę kończy nagła ciemność! Nie, nie , wszystko OK! Wpadam do tunelu. Przebijam grań Karpat Fagarskich. Po drugiej stronie górna stacja kolejki linowej. Wagonik udający puszkę Coca-Coli szybuje wzdłuż ogromnego wąwozu, tuż nad jeszcze bardziej pokręconą szosą. Zjeżdżam z głównej szosy w stronę schroniska nad malowniczym jeziorkiem, wypisz wymaluj Morskie Oko. Spadam w dół.

Image
Teraz silnik wyje hamując i zaliczam niezliczone agrafy. Zostawiam za sobą malowniczy wąwóz i zapadam się w chmury. Kilkaset metrów niżej wychodzę z chmur i podążam wzdłuż rzeki usianej namiotami i zapachem karkóweczki. Zgłodniały wylatuję na szosę nr.1 do Sibiu i haltuję w najbliższym barze. Przepięknie. Mogę wracać do domu. Co jeszcze może mnie spotkać? Odyseusz też tak sobie mówił ...ja też się myliłem.

Piję kawę i widzę , jak podjeżdża pick-up na niemieckich numerach. Odjazdowo kolorowy (włosy) gościu rzuca "ciao" i wplata słowo "rajd".
- Nie, ja prywatnie- prostuję jego domysły.
- Nie Ty! Ja Rajd  !, Tam jedzie rajd, big Enduro Rally"- i kupuje kawę. Zaniepokoił mnie. Podchodzę i zagaduję o co chodzi.
- No wiesz- wyjaśnia powoli - RoManiac Hard Enduro Rally, kupa gwiazd, Depres, Sala i inni...- uśmiecha się zawadiacko.
-Gdzie ! - zaczynam się denerwować.
- Tank Point , kilka km stąd - i pokazuje w stronę Sibiu. Dziękuję mu i wskakuję na chabetę. Po chwili widzę przy drodze rząd beczek z paliwem i gości z Red Bulla. Szufla , szufla i już jestem swojak. Rajd RoManiac Hard Enduro 2006 akurat dziś i tutaj, ale fart. Rozkładam się obozem i obserwuję co się dzieje. Po chwili nadjeżdżają wozy serwisowe i stawiają ogromny namiot Red Bulla- check Point. Wpada obsługa i protokolantki. Spustoszenia dopełniają autka Red Bulla z cycatymi laseczkami, rozdającymi puszki z dopalaczem. Pojawia się helikopter z kamerzystą i efektownym lądowaniem robi niezłą zadymę, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Image
Kilkadziesiąt minut relaksu i adrenalina skacze na dźwięk ryczącego TDMa. Wpada pierwszy zawodnik. Giovanni Sala zdejmuje kask. Staje tuż przy mnie i udziela wywiadu. W kadrze kamery jestem Ja i Moja BMW! No, firma powinna coś mi odpalić za reklamę.
Po chwili następny zawodnik  i następny . Depres ma coś z ręką i nie mogę się doczekać. Na tym odcinku będzie dopiero 10-ty. Żegnam chłopaków z obsługi i do domu.

Image
Po drodze wpadam do Sibiu na Piata Mare. Macham do kamery internetowej ku radości Ewy i dzieciaków.
Trasa powrotna ta sama. Ani  myślę nocować. Zapada zmrok i gubię się w Oradea. Miłośnik BMW na swojej 650-tce wyprowadza mnie w stronę granicy Wegier. Kikuje na "PL-kę" i drze się do mnie:- Jadę na imprezę, browar, laseczki itd. Jedziesz ze mną? - "
Nie, nie Odyseuszu! To tylko śpiew syren! Wosk w uszy i gnaj do Itaki...". Macham na pożegnanie i daję ognia. Dopalając Red Bullami wracam.  

Wtorek-
Godzina 04.15Klakson zrywa zaspaną małżonkę i jestem doma. Jak na week-end, może być.   

Epilog.
Dochodzi do mnie, że jeszcze nie znam granic swojej psyche i  zawsze może się zdarzyć niespodziewane. Poznałem wspaniałych mieszkańców Rumunii, którzy są prze-gościnni, mają wiele optymizmu i umieją się świetnie bawić. Rumunia to wspaniały kraj na wakacje, zważywszy małe koszty pobytu. Cały wyjazd, łącznie z ubezpieczeniami zamknął się w 500zł. Nie wierzcie w te wszystkie złe legendy, to już przeszłość.
Przepraszam, że korzystam z zapożyczonych fotek, ale kapryśny los pozbawił mnie sprzętu fotograficznego na tej wyprawie. Niewykluczone, że to znak do powrotu w te wspaniałe miejsca. W przyszłym sezonie będę zbierał ekipę do ataku na Urdele od Południa.
Wszelkie info i koordynaty GPS wspomnianych miejsc pod: .
Dalsze losy Hard Enduro Rally pod: http://www.redbullromaniacs.com/en/index.php .
Wspomniana kamera w Sibiu pod: http://www.camcentral.com/camviewer.php?script=search&item=romania&page=1&id=11534  

Serdecznie dziękuję :
Żonie Mej Ewie- za cattering i zezwolenie na wyjazd
http://gallery.hardnet.ro  za użyczenie fotek.
BMW za wyprodukowanie wiernej klaczy R1200GS.
Meteo.icm.edu.pl/  za rewelacyjną prognozę pogody.
Garmin za rewelka GPS Emap, który ratował mi życie.
MapSource za mapki do GPSa, które dały mi tyleż radości, co zgryzot.
Earth.google.com za tak niedokładne fotki, że nie dojrzałem jak groźne są Karpaty.
Highway Police of Romania za odpuszczenie mi grzechów, dwukrotnie.   

 Mazby  

PS. Ponad 120 km szutru z czego kilkadziesiąt na 2000mnpm i ...ani jednej gleby! Dzięki Ci Wojtuś za Borne! Jesteś Wielki!
(...pewnie pije mleko.)

Image

 

Komentarze
2. Zazdrosc mnie pozera
Dodane przez polarfox w dniu - 30.03.2008.
:)  
 
a ja tu siedze se na OIOMIe i marze. 
cza bylo inny zawod wybrac. dzieki za marzenia Zbigi. pozdro z Berlina. moze kiedys, jak przejde na emeryture? 
 
a tak zartem: 
"nic nam klody w poprzek drogi, szuter, glina i kaloze-  
moje kola, moje nogi: rwa sie zawsze na podroze"
1. witaj:)
Dodane przez jasiek1712 w dniu - 11.03.2008.
Powinienes miec nick Gatsby-Wielki Gatsby:))Gratuluje udanej wyprawy.Ja tam tylko R1100RT w tym roku pojade po rowniejszych drogach.Pozdrawiam

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się by dodać komenytarz.

Powered by AkoComment 2.0!

Zmieniony ( 18.08.2006. )
 
wstecz   dalej »

Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 12 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.