Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Strada.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow AFRYKA arrow Mauretania latem , Afryka w najgorętszym wydaniu
Mauretania latem , Afryka w najgorętszym wydaniu PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Paweł   
20.04.2006.

Mauretania latem – Afryka w najgorętszym wydaniu

 Mauretania jest jednym z najdzikszych i najsłabiej zaludnionych państw Afryki oraz jednym z niewielu terenów na świecie, który oferuje wrażenie podróży w czasie do epoki średniowiecza, gdyż od tej pory niewiele się tam zmieniło. Dla wielu ludzi wciąż pozostaje nie odkrytą częścią naszego globu. Mając na względzie wszystkie te czynniki podjęliśmy decyzje o podróży właśnie tam, do pięknego i tajemniczego kraju aby zmierzyć się z przeciwieństwami losu, samym sobą oraz przede wszystkim siłami natury które potrafią uprzykrzyć podróż nawet najwytrwalszym i doświadczonym podróżnikom.

Plan podróży powstał półtorej roku temu, a pół roku po moim poprzednim wyjeździe do Maroka. Skomplikowana była historia jego rozwoju, jednak momentem kulminacyjnym był początek roku 2004, kiedy to podjęliśmy walkę z przeciwnościami losu decydując się na jego realizację. Postanowiliśmy wyruszyć w trasę dwoma pojazdami: motocyklem Yamaha TT600R i samochodem Toyota Hilux. Rozpoczęte wówczas przygotowania trwały kilka miesięcy, a ich efektem były odpowiednio przygotowane pojazdy, zebrana niezbędna wiedza, pokonanie biurokratycznych trudności oraz gotowa na wyzwania ekipa, w samochodzie: Piotrek, Kasia, Maciek, i Rafał oraz ja na motocyklu.

 

Europa – szybki tranzyt

Wyjazd opóźnił się o jeden dzień i myślę, że należy to traktować bardziej jak sukces niż porażkę. Ruszyliśmy w sobotę wczesnym popołudniem. Niestety już po kilkudziesięciu kilometrach mieliśmy okazję skonfrontować różnicę w drodze hamowania motocykla i samochodu. Piotrek zdążył wyhamować przed wyjeżdżającym z drogi podporządkowanej polonezem, ja natomiast delikatnie wbiłem się w jego Toyotę. Efektem tej delikatności były urwane mocowania reflektora TTR-ki. W ruch poszła „panzer-taśma” i można było jechać dalej. Na stacji benzynowej kupiłem Poxylinę, jednak z powodów „byle jakich” nie miałem czasu ani okazji (bzdura) aby pokleić połamane mocowania. Na tej założonej zaraz po stłuczce prowizorce, przejechałem bez problemu kilka tysięcy kilometrów.
Drugiego dnia od wibracji singla pękł mi jeden z trzech uchwytów zamontowanej przed wyjazdem chłodnicy.
Założyłem oryginalny przewód, a chłodnice postanowiłem naprawić w jakimś warsztacie w Maroku (podobna naprawa w Europie za bardzo nadszarpnęłaby mój budżet). Dodatkową atrakcją niedzieli był mały szlif samochodu o barierkę ograniczającą autostradę. Spowodowane to było faktem, że przez moment w aucie spały 4 osoby, w tym kierowca.
Kolejne dni biegły dość monotonnie. Ot, szybki tranzyt bez zaplanowanych żadnych atrakcji po drodze.
Spaliśmy na dziko, z wyjątkiem jednej nocy, kiedy zafundowaliśmy sobie kemping.
Po pięciu dniach dojechaliśmy do Algeciras, miejsca przeprawy promowej do Afryki.
 
Maroko – Afryka chłodna ale nie zimna.

Po dotarciu do Ceuty ruszyliśmy na granicę. Klimat był tam znacznie bardziej przyjemny niż dwa lata temu. Po malutku granica ta troszkę się cywilizuje. Tego dnia chcieliśmy dotrzeć jak najbliżej Casablanki, ponieważ w niej mieliśmy załatwiać mauretańskie wizy. Rozbiliśmy się na kempingu w Sale, obok stolicy Maroka – Rabatu. Turystów witał napis na ścianie: Welcome in the name of Allah. Kemping niczego sobie, a obsługa biegle mówiła po angielsku. Nazajutrz ruszyliśmy w stronę Casablanki. Zdecydowaliśmy się skorzystać z płatnej autostrady żeby dotrzeć do konsulatu jak najwcześniej. Na miejscu powstał problem jego znalezienia. Nie znaliśmy nawet adresu pod jaki mamy się udać. Jeżeli do tego dodamy fakt iż Casa jest trzymilionowym miastem to oddaje to sytuacje w jakiej się znaleźliśmy. Pomyśleliśmy, że zahaczymy taksówkarza, pojedziemy za nim i zapłacimy mu za kurs. Żaden z nas nie zna jednak francuskiego nic więc z tego nie wyszło. Jeździliśmy od policjanta do policjanta i pytaliśmy o drogę. Po około pół godzinie (a może troszkę dłużej) dotarliśmy na miejsce – prawdziwy sukces. Na miejscu dowiadujemy się że konsulat przyjmuje wnioski jeszcze tylko przez pół godziny. My musieliśmy zdążyć wypełnić wnioski, zrobić kserokopie paszportów oraz skompletować wszystkie dokumenty. Był piątek więc gdybyśmy nie zdążyli to czekałby nas dwudniowy postój w Maroku. Na szczęście udało się. Złożyliśmy wnioski i kazali nam się zgłosić za cztery godziny. Czas ten wykorzystaliśmy na szybkie obejrzenie Casablanki. Kasi i mnie udało się nawet dotrzeć do tamtejszej mediny. Tam była okazja do pierwszego od dwóch lat targowania się w arabskim sklepie. Koszulkę udało się kupić za ok. 35% pierwotnej ceny. Do konsulatu wracaliśmy taksówką. Wewnątrz klimat jak w reklamie pewnego batona - lokalna muzyka na pełny regulator i środek kierownicy wyświechtany jak spodnie na tyłku.

Image
O szesnastej pojawiliśmy się ponownie u konsula. Otrzymaliśmy wizy bez najmniejszego problemu. Można śmiało stwierdzić, że to czysta formalność. Nie tracąc czasu ruszyliśmy w dalszą drogę. Kolejny nocleg wypadł nam w miejscowości Al-Dżadida, nad Atlantykiem.
Z Al-Dżadidy pojechaliśmy na południe. Kolejnym celem był Tiznit, ok. sto kilometrów na południe od turystycznego Agadiru. Po drodze zatrzymałem się przy warsztacie, w którym wypatrzyłem spawarkę. Jego właściciele nie mogli mi jednak pomóc ponieważ urwany uchwyt był aluminiowy. Zaprowadzili mnie jednak w inne miejsce gdzie jeden domorosły rzemieślnik dorobił nowiutką obejmę z uchwytem. Kosztowało to wszystko ok. 80 Dirhamów czyli jakieś 35 zł.
Podczas przejazdu wzdłuż Atlantyku było dość chłodno. Nie zimno, ale chłodno jak na Maroko w środku lata. Co chwilę ktoś z ekipy mówił: Co to jest?? Tak zimno!! To ma być Afryka?? Podejrzewaliśmy jednak, że jeszcze zatęsknimy za taką Afryka. Podejrzenia sprawdziły się, ale o tym później.
Image

Kolejnego dnia wjechaliśmy już na terytorium Sahary Zachodniej. Fakt ten, oprócz zauważalnego upustynnienia mijanych rejonów, oznajmiały bardzo częste posterunki policyjne. Na każdym z nich skrupulatnie spisywano informacje z paszportów. Byliśmy zaopatrzeni w formularze z wypisanymi naszymi danymi w języku francuskim. Pozwalało to zaoszczędzić trochę czasu. Za Laayoune, stolicą Sahary Zachodniej, przespaliśmy się w wynajętym domku. Dwa pokoje, aneks kuchenny (bez gazu, jednak mieliśmy swój) i łazienka z toaletą. Wszystko dość schludne i niedrogie. Można było odpocząć i wyspać się na wygodnym łóżku.
Rano w końcu rozprawiłem się z mocowaniem reflektora. Po sklejeniu mogłem wyrzucić taśmy - reflektor trzymał jak nowy.
Image
Image

Następny dzień był ostatnim całym dniem w Maroku (Saharze Zachodniej). Droga była długa i żmudna. Asfalt bardzo dobrej jakości, jednak pustynna okolica bardzo nużyła. Na nocleg dotarliśmy kilkadziesiąt kilometrów pod Dakhlą. Praktycznie na wysokości zwrotnika raka. Zjechaliśmy z drogi i rozbiliśmy się na dziko. To popołudnie miało być przeznaczone na przeprofilowanie motocykla na bardziej terenowy. Zmieniłem opony, zębatki, łańcuch i olej. Tego wieczora wiało jak diabli, ciężko było rozłożyć namiot, nie mówiąc o jego poźniejszym utrzymaniu. Piasek wdzierał się wszędzie – był to przedsmak tego z czym do czynienia będziemy mieli codziennie już za kilka dni. W takich warunkach nie podjąłem się ponownego zamocowania chłodnicy.

 Mauretańskie harce na polu minowym

Obudziliśmy się trochę przysypani piaskiem. Wiało nadal ale trochę słabiej. Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w stronę granicy. Około 250 kilometrów minęło dość szybko – dojechaliśmy do fortu Guergerat, marokańskiego posterunku granicznego. Formalności były trochę czasochłonne ale całkowicie bezproblemowe. W zasadzie nie trzeba było robić nic poza wędrówką od miejsca do miejsca. Kilka kilometrów za posterunkiem marokańskim kończy się asfalt i trzeba przejechać kilkanaście kilometrów przez pole minowe – aż do posterunku mauretańskiego.

Image
Kiedy oczekiwaliśmy na paszporty podchodzili do nas przewodnicy oferując przeprowadzenie przez to pole oraz dalsze poprowadzenie do Nouadhibou, miasteczka do którego mieliśmy dotrzeć. Mówili: Lot of pistes, lot of sables, lot of boom boom – very difficult.
My jednak mieliśmy w gps-ie wpisaną trasę, nie skorzystaliśmy więc z ich pomocy.
Ruszyliśmy z fortu. Tak jak się spodziewaliśmy, po siedmiu kilometrach skończył się asfalt. Przed wjazdem w teren stał posterunek, w którym raz jeszcze spisano nasze dane.
No to jedziemy. Przejazd przez pole minowe jest bardzo prosty jeżeli chodzi o bezpieczeństwo. Widać bardzo wyraźnie bardziej wyjeżdżone i utwardzone od samochodowych kół miejsca. Zaryzykuję stwierdzenie, że nie da się tam najechać na minę, ponieważ trasa jest naprawdę wyraźna. Nie wiem jak to wygląda podczas burzy piaskowej, być może wówczas nie jest tak łatwo, ale wówczas raczej nie powinno się tam wjeżdżać. Po boku drogi stoi kilka spalonych wraków. Myślę że musiały wjechać na minę kilka lat temu kiedy trasa nie była jeszcze za bardzo wyjeżdżona. Jeden wrak jest ewidentnie przeniesiony przez miejscowych dla „uatrakcyjnienia” przejazdu.
Z podłoża wystaje mnóstwo skał, które wyglądają jak bardzo zniszczona stara asfaltowa droga. Jedzie się po tym bardzo ciężko ponieważ skały te układają się w koszmarne dziury i uskoki. Po kilku kilometrach i kilku rozjazdach dojeżdża się do tzw. Old Spanish Road, resztek jakiegoś starego asfaltu, tworzącego wyraźną drogę biegnącą wzdłuż granicy. Pamiętać należy o tym, że niedozwolone jest jakiekolwiek zjeżdżanie lub schodzenie z drogi, ponieważ dookoła absolutnie wszystko jest zaminowane. Należy jechać tą dziurawą drogą aż do posterunku mauretańskiego. Miejsce to zaprawdę niesamowite. W tym miejscu widać, że wjeżdża się do kraju „trzeciego świata”. Jedyne działające przejście graniczne między Marokiem a Mauretanią to ułożona z kamieni komórka o rozmiarach trzy metry na trzy i wysokości około metra osiemdziesiąt. Dookoła wszędzie piach, zaminowany zresztą, i trochę bardziej wyjeżdżony teren stanowiący drogę. Prawdziwy szok.
Piotrek został zaproszony z paszportami do środka tej klitki, nam udało się z ukrycia zrobić wówczas kilka zdjęć. Po chwili wrócił wraz z mundurowym (celnikiem??). Okazało się że trzeba mu dać jakieś pieniądze. Funkcjonariusz mówił, że poprzednia ekipa dała mu pięćdziesiąt euro, jeszcze inna trzydzieści, a ktoś tam dwieście dirhamów. Od nas dostał koszulkę, długopis i zapalniczkę. W zasadzie razy dwa bo stwierdził że w klitce jest jeszcze jego kolega. Tak czy owak różnica między naszymi gadżetami a pięćdziesięcioma eurakami jest dość spora. W międzyczasie okazało się, że kawałek dalej jest jeszcze jedna komórka, tym razem trochę większa, do której trzeba się udać. W tym miejscu załatwiało się sprawy pojazdowe. Jeżeli nie ma się Carnet de Passage to należy zapłacić dziesięć euro i do paszportu wbijają pieczątkę potwierdzająca wjazd do kraju takim a takim pojazdem. Oprócz pieczątki dostaje się jakieś ostemplowane pismo, bez którego podobno nie można wyjechać z Mauretanii. Teraz już wiemy, że to nieprawda. Oprócz spraw związanych z samochodem i motocyklem musieliśmy jeszcze wypełnić deklarację dewizową. Myśleliśmy, że wpiszemy tam sumaryczną kwotę w zaokrągleniu. Jednak celnicy chcieli zobaczyć zadeklarowaną sumę. Rafał miał przy sobie tylko czterdzieści euro więc celnikom wydało się to na tyle dziwne, że jego portfel i kieszenie zostały skrupulatnie przeszukane. Okazane przez nas pieniądze prawie idealnie pokrywały się z naszą deklaracją (ale fuks) wiec mundurowi nie zatrzymywali nas dłużej.
Image

Opuściliśmy to specyficzne miejsce. Według GPS-a po paru kilometrach należało odbić w jedną wyjeżdżoną odnogę. Rzeczywiście coś takiego było, jednak po chwili znaleźliśmy się w miejscu które ciężko byłoby nazwać jakąkolwiek trasą. Do tego miejsca były sporadycznie jakieś ślady, jednak teraz nie było już żadnych. Przed nami stała otwarta piaszczysta pustynia. Zastanawialiśmy się tylko czy tu nadal jest pole minowe, czy już się skończyło. Ryzyk fizyk – jedziemy na przełaj za wskazaniem kompasu i GPS-a. Piach jest dość miękki, motocyklem rzuca na wszystkie strony, jednak da się jechać. Piotrek w Toyocie tez nie ma większych problemów. Kręcimy się między małymi wydmami i otaczamy łukami skaliste wzniesienie, ciągle przybliżając się do kolejnego waypointu. Chyba nie ma tu już min, albo jesteśmy wyjątkowymi farciarzami, do dziś nie wiemy, która wersja jest prawdziwa.
Po pewnym czasie dojeżdżamy do torów. No, to już wiemy gdzie jesteśmy. Tutaj już na pewno jest bezpiecznie. W oddali widać prace przy tworzeniu drogi z Nouadhibou do stolicy – Nouakchott. Z małymi problemami wjeżdżamy na asfalt, jednak podbiega do nas kilku czarnoskórych robotników którzy mówią, że asfaltem nie wolno, że trzeba zjechać dalej na pistę do miasteczka. Pistes to z francuskiego nieutwardzone terenowe drogi. Ową terenową drogą jedziemy na południe. W dużej mierze jest ona skorugowana. Korugacja to nasze prowizoryczne tłumaczenie angielskiego słowa corrugation, oznaczającego „pralkę” na drodze. Nie wiem czy to słowo ma polskie tłumaczenie. Jeśli tak to ja go nie znam i w dalszej części relacji, dla ułatwienia, będę używał naszej „korugacji”. Jazda po takiej nawierzchni jest potwornie uciążliwa. Wszystko wali, strzela, stuka i co tam jeszcze może robić. Lepiej nie myśleć co się dzieje z pojazdem na takiej drodze. Chris Scott w Saharze Overland pisze, że jeśli pojazd ma jakieś słabe strony to zostaną one z całą pewnością obnażone na korugacjach.
Po ponad dwudziestu kilometrach dojechaliśmy do miejsca zwanego Bouchon, posterunku, na którym sprawdza się dokumenty. Po krótkich formalnościach Piotrek ruszył pierwszy, a ja kopiąc kickstarter zobaczyłem pewien gest funkcjonariusza. Wołał „moto, moto” i wyraźnym gestem obrazującym odkręcanie gazu zachęcał mnie do jakiejś ostrzejszej akcji. Proszę bardzo... zrobiłem mu takie moto moto, że w lusterkach (jakoś zapomniałem je wcześniej zdemontować) widziałem tylko kupę czerwonego piachu w powietrzu. Coż, mówisz – masz. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie pamiętliwy bo nazajutrz mieliśmy jechać tędy w drugą stronę.
Z Bouchon bez problemu dojechaliśmy pistą do Nouadhibou. W sumie fajnie się wjeżdżało do tego miasta. Dzieciaki machały i w ogóle jakoś tak wydawało się, że albo jesteśmy tubylcom obojętni, albo są do nas bardzo przychylnie nastawieni. Zadokowaliśmy się na kempingu, który tak naprawdę był pokojami z kuchnią i prysznicami. Nie był tani bo kosztował dwa tysiące Ougii, czyli prawie siedem Euro od osoby. Mauretania, mimo ogólnego ubóstwa nie jest jednak najtańszym krajem dla polskiego turysty.
Image

Pracownik kempingu zaproponował pomoc przy wymianie pieniędzy. Mieliśmy gorszy kurs niż gdybyśmy robili to sami, jednak nikomu z nas nie chciało się szukać banku i załatwiać skomplikowanych formalności związanych z wymianą. Wieczorem prysznic i kolacja, czas dobrze odpocząć – jutro ruszamy na sześćsetkilometrowy odcinek przez pustynię. Po drodze, żadnych możliwości uzupełnienia wody ani zatankowania pojazdów. Na ten etap założyliśmy trzy dni.

Oprawca pokazuje swą potęgę

Mimo wspaniałych planów wczesnej pobudki nie udaje nam się zbyt prędko zerwać z łóżek. Musimy zaopatrzyć się w wodę więc udajemy się do sklepu. Sklepów w Nouadhibou (niektóre wyglądają całkiem cywilizowanie) jest dość sporo. Jest to pewnym zaskoczeniem jednak nie tak wielkim jak cena wody. Jest ona droższa od paliwa. Dziwi nas to trochę ponieważ przed wyjazdem zasięgałem języka na międzynarodowym forum saharyjskich podróżników i uzyskałem informacje, że butelkowana półtoralitrowa woda kosztuje w przeliczeniu około złotówki. Na miejscu okazało się, że cena ta jest trzykrotnie droższa. Być może było to efektem tego, że przyjechaliśmy tu w absolutnie najgorętszej porze roku.Nie śpieszyliśmy się z zakupami i zanim wyjechaliśmy było już w okolicach południa. Nie wróżyło nam to zbyt dużego dystansu tego dnia. Cóż zrobić – w Afryce nie da się wszystkiego zaplanować co do minuty.Ruszyliśmy na północ. Na skraju miasta zatankowaliśmy do pełna pojazdy i kanistry. Niestety tubylcy chcieli nas oskubać z pieniędzy i zażądali wyższej kwoty niż ta, którą wskazywał licznik na dystrybutorze. Tak gdzieś 30% wyższej. Udało się jednak, po długich dyskusjach Piotrka i Maćka, zapłacić normalną cenę. Gdy skończyło się Nouadhibou skończył się również asfalt. Dalej kierowaliśmy się pistą. Po chwili jazdy znaleźliśmy się 10 metrów przed znakiem oznaczającym pole minowe. Z prawej strony nadbiegał, machając rękoma i głośno krzycząc, funkcjonariusz z posterunku Bouchon. Pokazał nam jak objechać nowo budowaną drogę, która oddzielała nas od posterunku. Nie omieszkaliśmy zrobić kilku zdjęć tablicy informującej o minach. Tak sugestywnego znaku jeszcze nie widziałem.

Image

Kontrola dokumentów na Bouchon była błyskawiczna. Trochę to dziwne, ponieważ słyszeliśmy, że właśnie tutaj sprawdza się czy kierowca wykupił mauretańskie ubezpieczenie „drogowe”. Postanowiliśmy zaryzykować nie kupując tego dziwnego dokumentu. Ciężko było nam sobie wyobrazić dochodzenie odszkodowania w przypadku jakiejś awarii bądź kolizji. Mundurowi nie zażądali okazania ubezpieczenia więc po usunięciu kolczatki z „drogi” pojechaliśmy dalej. Po kilkunastu kilometrów wjechaliśmy na nowo położony asfalt, który prowadził w stronę Bou Lanouar. Nie miał on jednak więcej niż 10 kilometrów długości, dalszą trasę pokonywaliśmy przez wertepy budowanej drogi. Przed Bou Lanouar zjechaliśmy z tego traktu i jechaliśmy dalej miękkim piachem. Chris Scott w swojej Saharze Overland napisał, że odcinek za Bou jest jednym z najtrudniejszych na trasie do Choum ze względu na bardzo kopny piach. Wkrótce przekonaliśmy się o prawdziwości tej informacji. Mnie, na motocyklu, udało się przebić do twardszego miejsca przy torach kolejowych, jednak ekipa samochodowa miała pierwszą konkretną okazję do sprawdzenia swych sił podczas wypychania samochodu. Pomogli nam w tym miejscowi - staruszek i kilka dzieciaków. O dziwo byli zupełnie bezinteresowni. Wcześniej (poźniej zresztą też) nie było wielu takich ludzi.
Image
Po półgodzinnej walce z miękkim podłożem ruszyliśmy dalej rozglądając się za miejscem na biwak. Wybraliśmy bardzo ładne miejsce u podnóża wydmy. Wiał bardzo mocny wiatr, musieliśmy się więc rozbić za samochodem, żeby namioty miały szansę ustać. Tradycyjna kolacja wzbogacona piaskiem, spacer na wydmę i spanie.
Na szczęście następnego ranka wiało trochę słabiej. Wszystkim dopisywały humory. Jazda dostarczała nam wielkiej frajdy.
Image
Co chwilę robiliśmy zdjęcia i filmowaliśmy nasz przejazd. Maciek zafundował sobie przejazd na dachu Hila. Jak zapewniał, wrażenie było fantastyczne. Wszystko było fajnie... aż do godziny jedenastej. Wtedy się zaczęło. W jednej chwili zrobiło się żółto-siwo, wzmógł się silny wiatr. Parzył on wszystkie odsłonięte części ciała, a ziarenka podnoszonego przez niego piachu były tylko trochę zimniejsze od iskier wylatujących z palącego się ogniska. Słońce, które bezkompromisowo świeciło w zenicie otrzymało od tego dnia miano „oprawcy” i do końca wyprawy nikt nawet nie próbował nazywać go inaczej. W takich warunkach podjęliśmy jedyną słuszną decyzję – zatrzymujemy się i przeczekujemy najgorętsze godziny. Próbuję z Kasią rozbić namiot, żeby w nim przeczekać. Po chwili walki z wiatrem udaje nam się to zrobić jednak w namiocie jest nie do wytrzymania. Chowamy się w piątkę w samochodzie, obkładamy wszystkie szyby folią NRC i czekamy.Przesiedzieliśmy tak aż do piętnastej licząc, że temperatura na zewnątrz choć troszkę zelżała. Trochę pewnie tak, jednak ja tego nie odczułem. Cóż było robić. Ruszamy dalej. Delikatnie mówiąc jazda nie była już tak przyjemna jak rankiem. Ogólne zmęczenie plus odwodnienie robiły swoje. Kiedy zatrzymywałem motocykl i próbowałem koło niego stanąć, nie mogłem się utrzymać na nogach, a w głowie kręciło mi się tak, jak czasem dzieje się kiedy za szybko się wstanie. Piotrek za kierownicą Hila też nie wyglądał najzdrowiej, zresztą jak i cała samochodowa ekipa.
Image
W miarę upływu czasu kiedy słońce traciło swą brutalną moc, robiło się coraz znośniej. Jednak nasze stargane słońcem organizmy miały już wtedy dość. Około dziewiętnastej rozbiliśmy się na kolejny biwak. Tym razem nie pod, a na małej wydmie, tuż pod jej wierzchołkiem. Ta noc była całkiem chłodna. Myślę, że było około dwudziestu pięciu stopni, nad ranem może nawet mniej.

Pod monolitem

Plan na kolejny dzień zakładał, że ruszymy wcześnie, dotrzemy do monolitu Ben Amera, tam przeczekamy „godziny szczytu” i odjedziemy dalej najdalej jak się uda.
Rano, wypoczęty, ruszyłem z ochotą na trasę. Potwierdziło się to czego doświadczyliśmy poprzedniego dnia. Jeździć się dało tylko do godziny jedenastej, później konieczny był postój. Jazda była jeszcze ciekawsza niż poprzedniego dnia. Śladów jakiejkolwiek trasy nie było już w ogóle.

Image

Przed południem przydarzyły mi się dwa, jak się później okazało niegroźne, wypadki. Przy pierwszym dałem się nabrać bardzo powszechnemu na pustyni złudzeniu optycznemu. Wydaje się, że teren jest płaski, jednak w ostatniej chwili okazuje się, że wydma po której jedziemy nagle się ucina. Ta, po której ja jechałem była na szczęście niewielka, wystarczyła jednak do tego żebym z impetem wylądował na głowie, przeleciwszy wcześniej pospiesznie nad nurkującą kierownicą. Na ułamek sekundy zrobiło się ciemno przed oczyma, lecz po chwili wszystko było już w porządku.
Druga kraksa była poważniejsza. Przy prędkości około 80-90 km/godz. zaczęło rzucać motocyklem na prawo i lewo. Normalna rzecz – myślę – tak się jeździ po piachu. Stanąłem na podnóżkach i utrzymywałem prędkość w oczekiwaniu na twardsze podłoże. W tym momencie coś zabrało mi tylne koło rzucając mną jak z katapulty kilkadziesiąt metrów dalej. Domyślam się, że upadek na piach przy takiej prędkości jest trochę porównywalny z lądowaniem na asfalcie, gdyż nie mogłem kompletnie złapać tchu przez ponad minutę. Obadałem tylko ręką żebra sprawdzając czy wszystkie są na swoim miejscu i dalej leżąc walczyłem z zamkniętą przeponą.Kiedy w międzyczasie nadjechała ekipa samochodowa, zobaczyła szlaczek po zygzakującym motocyklu, sam motocykl i mnie leżącego paręnaście metrów dalej. Byli przekonani, że mam co najmniej złamaną rękę. Bogu dzięki, że się mylili. Jedyna konsekwencją incydentu były problemy z oddychaniem przez kilka kolejnych dni. Na szczęście przypadłość ustała sama.
Tego dnia dotarliśmy do jednej z największych atrakcji Mauretanii. Chyba każdy słyszał o wielkiej czerwonej skale Uluru (zwanej inaczej Ayers Rock) w Australii. Założę się jednak, że prawie nikt nie wie o tym iż drugi pod względem wielkości monolit znajduje się w Mauretanii. Nazywa się Ben Amera i jest usytuowany nieco na północ od trasy kolejowej Nouadhibou-Choum. Wyrastający na środku pustkowia majestatyczny brązowy monolit na tle błękitnego nieba prezentuje się znakomicie. Widać go już z bardzo daleka, ale kiedy się do niego zbliżyć dopiero widać jego ogrom. Gigant. Pod monolitem zrobiliśmy sobie zasłużony rest i obowiązkową sesję zdjęciową.
Image

Za Ben Amera odjechaliśmy tylko kawałek. Na tym krótkim odcinku miałem wielkie problemy z piachem. Po pierwsze był on potwornie miękki, a po drugie, pod koniec dnia byłem już prawie całkowicie wyprany z sił.Rozbiliśmy biwak między dwoma skałami, kilka kilometrów za monolitem. Wieczorem i w nocy nawiedziła nas mała burza piaskowa. Piasek był wszędzie. W namiotach, w jedzeniu – po prostu wszędzie. Nie zakładaliśmy tropików, żeby się nie ugotować jednak gdy leżeliśmy w namiotach kolejne podmuchy wiatru zasypywały nas w nich całkowicie. Ciężko zasnąć w takich warunkach. Ot, taka sauna z posypywaniem piaskiem w cenie.
Image


Adrar – najpiękniejszy rejon Mauretanii

Następnego dnia mieliśmy już dotrzeć do Ataru, stolicy regionu Adrar. Region ten charakteryzuje się pięknymi płaskowyżami układającymi się w malownicze kaniony. Między nimi nie brakuje piachu i zielonych oaz.

Image
Image

Wzdłuż linii kolejowej, po której jeździ najdłuższy na świecie pociąg (skład ma kilka kilometrów długości) dojechaliśmy do Choum. Stamtąd na południe prowadzi „Droga Narodowa nr 1”. Droga ta to wyjeżdżony teren, rozgałęziający się co chwilę na mnóstwo różnych wariantów. Po około 120 kilometrach i przeprawie przez płaskowyż, około godziny dwunastej dotarliśmy do Ataru. Upał oczywiście był nie do wytrzymania. Jako, że był to półmetek naszej wyprawy, zafundowaliśmy sobie hotel z klimatyzowanymi pokojami. Kosztowało to ok. 60 zł za osobę.
Image
 
Image
Image

Kolejnego dnia ruszyliśmy do Chinguetti, jednego z najświętszych miast islamu. Przeprawiliśmy się przez malowniczą przełęcz zwaną „New Pass”. Dalej jadąc płaskowyżem dojechaliśmy do Chinguetti. Wioska ta jest prześlicznie położona. Z trzech stron otacza ją erg Ouarane. Wydaje nam się, że dziś jest zauważalnie chłodniej niż w poprzednie dni. To dobrze. Przyda się trochę odpoczynku po kilkudniowym przebijaniu się przez bezlitosne gorące pustkowia. Właściciela prowizorycznego kempingu pytamy jaka dziś temperatura. Ten podchodzi do zacienionego termometru, wraca i mówi - 40 stopni.    40???     O rany, to ile było wczoraj???”
Wieczorem urządziliśmy sobie spacer po miasteczku. Mieliśmy nawet odwiedzić starą bibliotekę, ta jednak była zamknięta. Udało nam się jedynie zrobić zdjęcie jej bardzo klimatycznego wejścia. W ogóle cała wioska jest „klimatyczna”. Wygląda tak, jakby czas zatrzymał się tu dawno temu.
Image
Image
Image

Nazajutrz ruszyliśmy z powrotem. Wybraliśmy jednak dwa warianty. Ekipa samochodowa ruszyła wczorajszą trasą, ja natomiast wybrałem dość trudny wariant prowadzący przez wydmy ergu Ouarane. Wszyscy mieliśmy się spotkać na przełęczy Amogjar. Trasa przez wydmy była absolutnie najładniejsza ze wszystkich, które miałem okazje pokonywać w Mauretanii. Raz kluczenie między wydmami, to znowu wyjazd na najwyższą z nich i jazda jej grzbietem. Nieobciążony motocykl wydawał się pokonywać wszystkie te przeszkody bez najmniejszego problemu. Oczywiście były też miejsca bardziej miękkie, gdzie wsparcie nóg było nieodzowne. Szlak najpierw prowadził przez wydmy, by następnie wejść w wyschnięte koryto rzeki. Koryto to, szerokości około 200 m, wypełnione było bardzo grząskim  piachem. Jakiekolwiek zwolnienie oznaczało problemy dla kierowcy. Raz po raz koryto zasypywały wielkie kamienie. Powolne manewrowanie w miękkim piasku pomiędzy tymi kamieniami było bardzo trudne. Ostatni odcinek to jazda przez wysuszone łąki. W trawach siedziało tyle szarańczy że przejazd przez nie nie należał do najprzyjemniejszych. Wolałem nie liczyć ile z nich rozbiło się na moim kasku, kurtce i motocyklu.
Trasa ta zajęła mi więcej czasu niż zakładałem. Między innymi dlatego, że po drodze zgubiłem szlak i straciłem dużo czasu i jeszcze więcej sił na ponowne jego odnalezienie. W pewnym momencie stwierdziłem, że to chyba niemożliwe, żebym znajdował się na trasie. Niestety w radiu, które umożliwiało mi kontakt z resztą ekipy wylały baterie. Kompas, GPS, dokładna mapa i wszystko było jasne. W jednym miejscu trzeba było opuścić koryto rzeki, a nie brnąć nim dalej. W korycie tym było mnóstwo kamieni i głazów robiących z jazdy prawdziwy trial. Przejechanie przez nie do miejsca, w którym się znajdowałem kosztowało mnie tyle wysiłku i czasu, że zamiast wracać do newralgicznego punktu zdecydowałem się dotrzeć do umownej linii wyznaczającej trasę na przełaj. W ogóle cała ta trasa to jedno wielkie „na przełaj” więc może w tym przypadku to określenie nie jest najlepsze.Przeprawa nie była łatwa, obserwowałem jednak, że robi się coraz mniej twardo i głazów też coraz mniej. Dotarłem w końcu do jakiegoś śladu. Ktoś tu jechał – nie jest źle. Spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że już jestem spóźniony na umówione miejsce. Manetka do oporu, Paryż-Dakar, co chwila dwa koła w powietrzu, kupa zabawy choć nie ma czasu żeby się nią delektować. Cholera, ruszając nie przypuszczałem, że pod koniec zaliczę czasówkę.
Jako, że nieszczęścia chodzą parami po jakimś czasie tej szaleńczej gonitwy silnik zaczął przerywać. Pierwsza myśl była taka, że podczas trialu i walki w piachu spaliłem znacznie więcej paliwa. Przekręcenie na rezerwę nie pomogło, a po chwili ujrzałem, że spod silnika leje się paliwo. Wylewało się ono spokojnie wężykiem przelewowym w wyniku zawieszenia się pływaka. F..k!. Wszystkie narzędzia zostały na samochodzie. Szczęście w nieszczęściu, że zdarzyło się to pod sam koniec trasy. Zmuszony byłem do dwukilometrowego spaceru przez pustynie pchając motocykl. Co 100-200 metrów odpoczynek w resztkach cienia rzucanego przez motocykl. Słońce zbliżało się do zenitu. Przypomnę, że był lipiec – absolutne piekło. Skończyła się woda w camelbagu i stwierdziłem, że z maszyną pod rękę nie dam rady. Zapiąłem motocykl i w dalszą wędrówkę udałem się już bez tego obciążenia. Po ponad kilometrze, słaniając się na nogach dotarłem do „szosy” z Ataru do Chinguetti. Stamtąd jeszcze tylko kilkaset metrów do mijanego wczoraj posterunku na New Pass. Obserwujący mnie stacjonujący tam wojskowi mieli miny jakby zobaczyli kosmitę - przygarbiony, słaniający się na nogach człowiek z kaskiem w ręku. Pierwsza rzecz, na którą liczyłem to baterie do radia. Nie mieli. No to może skorzystam z ich radia. Nie mają. Po chwili odpoczynku i napojeniu mnie wodą dostałem dwóch pomagierów i poszliśmy po motocykl. Sprowadziliśmy go na posterunek, jednak o naprawie wciąż nie mogło być mowy. Mieli co prawda narzędzia, ale bardziej nadające się do naprawy czołgu niż drobnego jednośladu.
Na przełęczy spędziłem w totalnej niemocy prawie dwie godziny czekając aż pojawi się ktoś jadący do Chinguetti. Musiałem tam wrócić, musiałem odnaleźć ekipę. Przyjechał w końcu lokalny land rover, z którym mogłem się zabrać. Po chwili jazdy w oddali spostrzegłem zarys samochodu… to muszą być oni. Po chwili wyjaśnień i wzajemnych uścisków pojechaliśmy razem na przełęcz. Po wyciągnięciu gaźnika, kurczę w TTR-ce jest naprawdę ciasno, wysypaliśmy z niego piach i odblokowaliśmy pływak. Maszyna ruszyła i mogliśmy wracać do Ataru.
Wieczorem dojechaliśmy do Terjit, bajecznej oazy wciśniętej między schodzące się skały płaskowyżu. Za dnia jest tam około 10 stopni chłodniej niż na otwartej pustyni, w nocy było jednak bardzo duszno.
Kolejnego dnia ruszyliśmy w stronę stolicy Nouakchott. To najobrzydliwsze miejsce jakie widziałem więc przejechaliśmy przez nie jak najszybciej się dało. Kolejny nocleg wypadł nam już w drodze ze stolicy do Nouadhibou.

Ostatnie dni w Mauretanii

Przejazd z Nouakchott do granicy marokańskiej zajął nam dwa dni. Jechaliśmy na przemian nowym asfaltem i terenowymi pistami. Dużo więcej było jednak tego terenu, ponieważ na drodze poustawianych było mnóstwo przeszkód. Było gorąco jednak nie aż tak jak w centrum kraju.
Na jednym posterunku, funkcjonariusze poprosili nas o okazanie ubezpieczenia mauretańskiego. Wiedzieliśmy, że takie jest wymagane zignorowaliśmy jednak ten wymóg. Okazało się, że brak znajomości francuskiego i kilka gadżetów (długopisy, zapalniczki) są świetnym ekwiwalentem dla kosztującego kilkadziesiąt Euro ubezpieczenia.
Podczas przejazdu przez granicę ominęliśmy posterunek mauretański. W zasadzie przypadkowo, jednak nie chciało nam się już wracać. Poza chwilą niepewności nie było z tym żadnych problemów. Na marokańskiej części granicy nikt nie sprawdzał czy mamy pieczątki wyjazdowe z Mauretanii.
Od tego miejsca do domu dzieliło nas jeszcze tylko dziesięć dni jazdy. Po drodze w Maroku odwiedziliśmy jeszcze Marrakesz, Fez i Szefszawan. Mieliśmy z Kasią okazję nadrobić zaległości sprzed dwóch lat.


Podsumowanie

W ciągu 30 dni pokonaliśmy dystans 14 tys. km, z czego ok. 2 tys. w Mauretanii (w zdecydowanej większości trasy terenowe). Potwierdziło się, że Sahara latem to prawdziwe piekło na Ziemi. Ogromne temperatury zarówno w dzień jak i w nocy, burze piaskowe i ciągłe gorące wiatry powodują, że podróżni jeżdżą tam w zasadzie tylko w zimie. Dodatkowo większość z nich ogranicza się do przejazdu na południe wzdłuż Atlantyku.Tym bardziej dumni jesteśmy z realizacji naszego planu. Mieliśmy okazję na prawdziwą walkę ze skrajnie nieprzyjaznymi warunkami oraz z własnymi słabościami. 

Paweł Kanik

Komentarze

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się by dodać komenytarz.

Powered by AkoComment 2.0!

Zmieniony ( 25.04.2006. )
 
Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 31 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.