Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Alpy2.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow ISLANDIA arrow Islandia - 2003
Islandia - 2003 PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Pastor   
25.03.2006.
Spis treści
Islandia - 2003
Strona 2

Islandia
Każdy ma jakiś Swój Prywatny Mount Everest. I czasem gotów jest poszarpać nawet ostatnie portki, żeby na niego wleźć. O Islandii marzyłem już od dawna.

Wyczytałem i nauczyłem się na pamięć wszystkiego co było dostępne – nawet pamiętnego artykułu w ŚM gigantów, którzy objechali wyspę na pohitlerowskich Zundappach.

Nic co naprawdę wartościowe nie przychodzi łatwo. Tak też było z naszym wyjazdem. Przygotowania zajęły równo 2 lata i były... no, nieźle popierdolone. Trzeba było pokonać trzy zasadnicze problemy:
Po pierwsze, drugie i trzecie: KASA A konkretnie kasa za prom. Przeliczając po kursie z dnia wykupienia biletu (czerwiec 2003) wyszło 4021 zł na osobę + moto w obie strony.... Taka kwota była dla nas zaporą absolutną i już. Próbowaliśmy różnych rzeczy. Znaleźliśmy nawet sponsora, który oferował nam swoje motocykle na wyprawę, ale po paru miesiącach wycofał się z odpłatności za promy, więc daliśmy sobie spokój z dalszą współpracą. W poszukiwaniu kasy zmieniliśmy motocykle na tańsze – Dada sprzedał wychuchanego DR Biga i kupił wysłużoną Africę RD04, przy której spędziłem sporo upojnych godzin, by zapewnić jej wystarczającą sprawność. Ja natomiast, pozbyłem się ze łzami w oczach najwspanialszej maszyny turystycznej jaką stworzono na tej planecie; czyli BMW R100GS Paris – Dakar Classic i kupiłem Transalpa, którego znienawidziłem od pierwszego wejrzenia. Tak oto miłość do sprzętu spłonęła na ołtarzu chęci poznania świata, ale srał pies uczucia, kiedy taka przygoda czeka!! Tak się składa, że trochę później dane mi było sromotnie odszczekać wszystkie obelgi jakie lekkomyślnie ciskałem na tego niepozornego bzyka – spełnił w 101% wszystkie wymagania i podołał tam, gdzie inne jeździdła  dawno by wymiękły.
Przygotowanie maszyn (nowe opony, drobiazgowe przeglądy i regulacje, wymiany płynów itp.) oraz skompletowanie sprzętu turystycznego; w tym dorobienie specjalnych szpilek do namiotu itp. załatwione były już od dawna.
Pozostała jeszcze tylko parodniowa randka w garażu z pożyczonym migomatem (dzięki Ci jeszcze raz, Karamba!), w trakcie której spłodziłem pancerne gmole i bagażniki. Potem solidne zakupy chińskich zupek itp. liofilizatów, konserw, sucharów etc. (Hurra!! Przecena w TESCO!!). Oczywiście trzeba było też skoczyć do Czech po rum (Pozor: najlepsi je od Martina Placka!), który jest najlepszym i najtańszym środkiem do dezynfekcji wody jaki znam. I najsmaczniejszym.
Potem trzeba było drżącą ręka wywalić resztę krwawicy na biurko pani w biurze Polferries, za fax-voucher, który na przystani promowej wymienia się na normalne bilety, no i można się było pakować.

Po całej masie podobnych zabiegów przyszedł w końcu TEN dzień. A właściwie noc. Czwarty lipca 2003, godzina mniej więcej 4:00. Zaspani jak małe psiaki, wytoczyliśmy nasze objuczone sprzęty i potoczyliśmy się dziarsko na zachód.
Uwaga! Mam pytanie! Czy kiedy rozpoczynacie jakąś dłuższą wyprawę, to przez pierwsze 10 km jedziecie napompowani po rzęsy jakąś taką dziwną euforią i radością? Że w końcu się udało, i nareszcie cały ten syf  zostaje za plecami, a przed Wami już tylko wolność i sama radość życia bez śmietnika codziennych spraw? Każdy pewnie odczuwa to inaczej, ale dla mnie te pierwsze 10 km, to prawie jak orgazm. Rzućcie jakiegoś posta, jeśli czujecie podobnie.

Niemieckie autobahny dłużyły nam się niemiłosiernie. Już wiem co czuł Kolumb, kiedy uparł się, że jednak odkryje tą cholerną Amerykę, a Atlantyku jakoś nie ubywało i nie ubywało... Od Berlina, aż do granicy Danii jechaliśmy w deszczu równie nudnym i jednostajnym jak cała germania. Na stacji benzynowej niedaleko Redensburga miało miejsce małe ożywienie akcji. Dada zapomniał na chwilę o ekstremalnie szerokim objuczeniu swojego sprzętu i zahaczył kufrem stojącego Transalpa. W efekcie prawe lusterko przez dalszą drogę pokazywało świat za moimi plecami jako układankę z kanciastych puzzli, a końcówka dźwigni hamulca oddaliła się w kierunku trawnika po krzywej balistycznej.
Jako, że głupio się gania w deszczu po autostradzie bez przedniego hebla, udaliśmy się na poszukiwania czegoś, czym dałoby się dźwignię zastąpić. Oczywiście mieliśmy zapasową... ale tylko sprzęgłową. W końcu trafiliśmy na odpowiedni sklep, kupiliśmy co trzeba i temat został definitywnie zakończony. Pod koniec tego mozolnego i nudnego dnia wylądowaliśmy w jakimś podmokłym lasku gdzieś w geometrycznym środku Danii.

Następny dzionek był pogodny jak malowanie.
Przemknęliśmy przez cukierkowatą, czystą i schludną Danię i spokojnie doturlaliśmy się do przystani promowej w Hanstholm.     Byliśmy trochę za wcześnie więc poszwendaliśmy się po nabrzeżu, pogadaliśmy z polskimi rybakami, których trawlery (chyba 8 jednostek) akurat parkowały w porcie i w końcu załadowaliśmy się na prom.

Image
Sam prom Norrona gdzieniegdzie śmierdział jeszcze świeżą farbą; był zwodowany wiosną 2003 – to jego pierwszy sezon, w którym zastąpił starą łajbę o tej samej nazwie. To jedyny prom samochodowy obsługujący połączenie z Islandią. Od zeszłego roku miał kursować przez cały rok – do tej pory latał tylko od wiosny do jesieni. Załoga liczy ok. 100 osób, z czego równo 50 stanowią Polacy. Dowiedzieliśmy się o tym w trochę niefortunny sposób; uświadomiła nam ten fakt stewardesa, w czasie kiedy wymienialiśmy kilka uwag na temat jej wdzięków J Ale i tak wszyscy przecież wiedzą, że nie ma to jak zdrowa Polska dziewucha.

Razem z nami wjechało na pokład ok. 20-30 innych motocykli. Do tego na Wyspach Owczych (o tym potem) dosiadło się jeszcze ok. 15 maszyn płynących z Bergen w Norwegii. Były tam prawie wyłącznie cięższe lub lżejsze wyroby enduropodobne, z czego znaczna większość z Niemiec. Statystycznie rzecz ujmując, najwięcej było maszyn BMW serii GS, przy czym tych 2 zaworowych było mniej więcej tyle samo, co pozostałych beemek. Przy okazji ształowania maszyn w specjalnych bramkach na pokładzie samochodowym, poznaliśmy kilku fajnych typów. Zresztą po samych maszynach widać, że przeważały „wytrawne globtrotuary” – naoglądałem się na ich kufrach nalepek z całego świata, ale tylko jeden stary dziadek na rowerze przyznał się że był w Polsce... Był z Belgii więc nic dziwnego – niemieccy turyści jak wiadomo do Polski nie jeżdżą, no chyba że w celu podziwiania „dawnej ojczyzny” albo po odbiór cudem znalezionego auta. No... może trochę przesadziłem, ale niewiele. Była też na promie ekipa rowerowa z Australii, ale nie chcieli z nami gadać. Uznali nas za „niehigienicznych” kiedy się dowiedzieli, że to co wkręcamy na obiad, to przeterminowane musli z przeceny, zalane wodą z kibla i czeskim rumem dla dezynfekcji ;-)) Chyba coś popieprzyliśmy w czasie tłumaczenia, ale bariera językowa była zbyt wysoka. Nasz „easy english” nadaje się może do sklecenia zapytania o drogę do toalety na dworcu, ale bardziej wyszukane konwersacje niestety nam nie wychodzą.
Najtańszy bilet obejmuje nocleg w tzw. kuszecie, czyli stalowej klitce o wymiarach 2,5 x 4,0 m. W taką konserwę wciśnięto po trzy, dwu- lub trzypiętrowe łóżka.

Z Danii na Wyspy Owcze było nam dane płynąć w 6-cio osobowej wersji, a potem w 9-cio osobowej. Totalną bzdurą w takim apartamencie są drzwi – wąskie, dwuskrzydłowe, otwierające się tylko do środka. Ciężko przez nie przeleźć na zewnątrz, zwłaszcza z bagażem pod pachą. Nie chcę nawet myśleć co działoby się w przypadku paniki na pokładzie... Poza tym felerem, łajba jest naprawdę super. Cicha, prawie bez wibracji (nie to co nasze Bałtyckie brytfanny) i świetnie wyposażona. Za friko można wymoczyć się w basenie, odgrzać gnaty w saunie, a nawet pokiwać czymś ciężkim na siłowni. Tylko solarium jest na monety, ale to przybytek dla dziewczyn i gejów w dresach. Mają tam oczywiście sklep wolnocłowy. Markowe gorzały są faktycznie tańsze, ale browar był tylko w 2 gatunkach i małych opakowaniach, do tego po niezbyt ciekawej cenie. No cóż, jak się chce włóczyć po świecie, to trzeba się czasem pogodzić nawet z tak porażającą tragedią jak brak zasilania w piwo.
W holu na jednym z pokładów wisiał sobie na ścianie spory ekran pokazujący zrzutkę z monitora komputera nawigacyjnego. Fantastyczna zabawka – mieliśmy w real time pokazaną pozycję łajby względem lądu, kurs rzeczywisty i pozorny, prędkość i kupę innych informacji. Można było przewidzieć kiedy będzie się mijało platformy wiertnicze albo wysepki, a nawet obserwować jak Norrona manewruje w porcie, zręcznie jak wózek widłowy z paletą marmolady.
Cały następny dzień szwendaliśmy się po promie i korzystaliśmy z czego się da. Poznaliśmy sympatycznego niemiaszka – akurat czytał „Dzienniki Gwiazdowe” Lema. Przyjechał oczywiście R100GS P-D, bo niby czym innym? Zresztą był już nim w Indiach i Afryce, więc wie co jest wart, ale mówił że ma ostatnio problemy z prądami. Próbowałem mu wytłumaczyć, że po takim przebiegu lubią się kończyć szczotki w alternatorze, ale i to lingwistycznie zadanie znacznie mnie przerosło. Za to bez problemów zrozumiałem jego opinię, kiedy dowiedział się, że też miałem taki sprzęt, ale go sprzedałem i kupiłem Transalpa. Gość użył wtedy międzynarodowego gestu oznaczającego gwałtowny odruch wymiotny... Przyznałem mu rację, po czym cały zdołowany zakończyłem rozmowę i poszedłem się zdezynfekować rumem dla pocieszenia.

Po dwóch dobach pływania przyszedł czas trochę pojeździć. Przed piątą rano (czasu lokalnego, czyli CET-1) pokładowa szczekaczka oznajmiła w 5-ciu językach, że trzeba zbierać manele i spadać, bo prom właśnie cumuje w Torshawn na Wyspach Owczych. Zgodnie z rozkładem jazdy mamy tu przymusowy postój przez 2 dni, w czasie których Norrona zasuwa do Bergen w Norwegii po następnych chętnych na szwendanie się po Islandii.
Mieliśmy szczerą ochotę zejść na suchy ląd, ale nam nie wyszło. A to z racji braku takowego... Wyjechaliśmy z promu prosto w przecudną, orzeźwiającą ulewę, która co parę godzin zmieniała się w mżawkę itd. No i fajnie. Przynajmniej się nie kurzyło.
Kawalkada Defenderów, Pajero, Landcruiserów, Trooperów, Patroli itp., razem z GS-ami, Africami, XT-kami, KLR-ami, Tenerami, BIG-ami i małym stadkiem rowerów ruszyła grzecznie prosto na kemping lub do hotelu. A my oczywiście potoczyliśmy się prosto przed siebie, bo niby co innego można zrobić z tak pięknie (i wcześnie) rozpoczętym dniem?

Image
Ktoś, gdzieś, kiedyś napisał, że Wyspy Owcze są nieciekawe i że nie ma tam nic godnego uwagi. Widocznie tam nie był, albo jest kretynem. Wprawdzie nie ma tam McDonaldów, katedr czy cerkwi z pozłacanymi kopułami, ale klimat tej krainy jest fantastyczny! Ciche, opatulone chmurami, potężne masywy zielonych wzgórz, ciągnące się w zamgloną nieskończoność działały na nas jak muzyka medytacyjna dla kobiet w ciąży.

Image
Wąskie i kręte, ale w super stanie, drogi prowadziły nas w głąb świata, jakby pokrytego zieloną wykładziną podłogową.

Zmieniony ( 25.03.2006. )
 
Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 28 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.