Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Turcja.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow GRECJA arrow Najdłuższa podróż mojego życia.
Najdłuższa podróż mojego życia. PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Wojciech Olejnik   
22.03.2006.

Jesień nastała nam nieubłaganie. Za oknem coraz chłodniej, szaro i dżdżysto. K100RT zasłużył na kilka miesięcy odpoczynku, stoi teraz błyszczący w piwnicy, by wiosną znowu nakręcać na swoje koła kolejne kilometry dróg lepszych i gorszych. Przez okres jesienno-zimowy motocykliści żyją wspomnieniami odwiedzonych miejsc, przeżytych przygód i snują plany. Jak wspominam miniony sezon 2000 ?

 Muszę przyznać, że zeszły rok był bardzo udany.Mój rumak - BMW - pozwala realizować moje marzenia. Przez dwa ubiegłe lata, wraz z nieodłączną towarzyszką podróży Marleną, przejechaliśmy Polskę wszerz i wzdłuż, zwiedzając mnóstwo zabytków, ciekawych miejsc, podziwiając krajobrazy. Zahaczyliśmy o Ukrainę (Lwów) i Czechy (Pragę). Mając zatem sporo doświadczenia w motocyklowych wyprawach wybraliśmy się w niezapomnianą podróż. Podróż poślubną do oddalonej o 2500 km Grecji, na motocyklu oczywiście.

Wyruszyliśmy z Piły 2 września 2000 o godz. 9.45. Naszym celem tego dnia był dojazd w pobliże granicy czesko-austriackiej, co w zasadzie bez trudu osiągnęliśmy. Dojechaliśmy do Brna. Następnego dnia szykuje się motocyklowa "uczta", czyli przejazd niesamowicie położoną autostradą przez Alpy. Zamierzamy dotrzeć do Wenecji.

Po 10 godzinach jazdy  brakuje nam ok. 80 km do celu, jednak ze względu na zapadające ciemności postanawiamy nocować na kempingu w pobliskim Bibione. Bibione to niezbyt atrakcyjna miejscowość - jak wyczytałem wcześniej na internetowych stronach Pascala, jednak nie to nam zaprząta głowy. Planujemy dzień trzeci, czyli przejazd przez Włochy. Podliczamy przejechane do tej pory kilometry i okazuje się, że pierwszego dnia po polskich dziurach przez 10 godzin przejechaliśmy prawie 600 km, zaś dzisiaj, po austriackich autostradach z utrzymywaną prędkością marszową 130 km/h po 10 godzinach jazdy nasz dzienny licznik wskazuje przebieg zaledwie o 100 km większy. Po dokładnych "oględzianch" mapy okazuje się, że Bari, miasto, skąd najłatwiej dopłynąć do Grecji, oddalone jest od nas o "jedyne" 920 km, zaś prom odpływa stamtąd o godz. 20.00. Zakładając średnią 100 km/h musielibyśmy wyjeżdżać o godz. 6 rano... A teraz jest godz. 22 i odczuwamy tzw. "syndrom drugiego dnia" (dla niewtajemniczonych to zazwyczaj najgorszy dla motocyklisty dzień podróży, kiedy to ciało, a w szczególności 4 litery odczuwają duże zmęczenie "materiału").
Ponieważ jesteśmy w podróży poślubnej, a nie w jakimś maratonie, wziąwszy po uwagę sam koszt przejazdu szacowany na 250 DM, postanawiamy wstać o normalnej porze i spróbować przeprawić się z Wenecji, choć z naszego przewodnika wynika, że promy nie pływają stamtąd każdego dnia. Może będziemy mieli trochę szczęścia...

9 godz. rano następnego dnia, wyruszamy do Wenecji na poszukiwanie promu. Chcąc zaoszczędzić na kosztach przejazdu autostradą, a przy okazji zobaczyć trochę włoskiej prowincji wybieramy boczną drogę. No i mamy prowincję. W każdym większym miasteczku napotykamy na światła i korki, ponadto nienajlepsze oznakowanie dróg zmusza do uważnej jazdy i przebycie 80 km zajmuje nam ponad 1,5 godziny.
Wenecja wita nas długim (chyba kilka kilometrów) dwupasmowym mostem. Zaraz za nim jest rozjazd w kształcie ronda. Zobaczywszy napis "FERRY" (prom) pomyślałem w duchu dobra nasza. Kiedy dotarliśmy do celu okazało się, że prom owszem jest, ale do Wenecji. Pani w informacji lakonicznie stwierdziła, że prom do Grecji pływa, jednak nie potrafiła nam wytłumaczyć, jak do niego dojechać. Patrzymy na jeden plan Wenecji, na drugi i żadnej informacji o promach. Zaczyna się koszmar poszukiwania promu. Przez most przejeżdżaliśmy jeszcze dwa albo trzy razy. Oprócz znanej nam już tablicy "FERRY" nie znaleźliśmy żadnej innej. Na rozjeździe nie ma można się zatrzymać, nie mówiąc o pytaniu o drogę. Po dwóch godzinach krążenia nie dość, że nie znaleźliśmy promu, to jeszcze zlani potem tkwiliśmy w korku autostradowym, zaś wskazówka poziomu paliwa niebezpiecznie zbliżać się zaczęła do czerwonego pola. Na jakimś skrzyżowaniu udaje mi się zjechać na stację benzynową. Stwierdzamy jednomyślnie - mamy dość Wenecji !

Posiliwszy się w barze i napoiwszy rumaka postanawiamy jednak jechać do Bari, nie ma już sił na krążenie po Wenecji. Jest godz. 12.30, a przed nami 850 km. Na autostradzie tłok jak w ulu. Na obwodnicy Bolonii mylę zjazdy i jedziemy w złym kierunku, jednak na ostatnim zjeździe udaje nam się zawrócić. Straciliśmy około 0,5 godziny, ale jedziemy już w dobrym kierunku ze średnią prędkością 130 -140 km/h, ruch nieco zelżał. Zatrzymujemy się tylko wtedy, kiedy musimy. W okolicach Pescary łapie nas pierwszy, przelotny deszczyk. Ok. godziny 17.00 przekąszamy jakąś bułkę w barze, bo gorących posiłków już brak. Do celu pozostało nam ok. 300 km, ale zaczyna padać deszcz, który "towarzyszy" nam do samego Bari. Chciałem go zlekceważyć, wydawało mi się, że przelotnie popada jak wcześniej, ale myliłem się, deszcz pada coraz mocniej, zaczyna wiać i zacinać. Horyzont robi się dosłownie szaro-bury, nie wróży to nic dobrego. Przekonujemy się o tym na ostatnich 30-stu kilometrach - wjeżdżamy w taką ulewę, jakiej jeszcze nigdy w życiu nie przeżyliśmy mimo, że jeździliśmy w naprawdę różnych warunkach pogodowych. Wszystkie samochody (nawet te wcześniej pędzące w deszczu) jadą z prędkością 60 km/h, część kierowców włącza światła awaryjne. Widoczność spadła do kilkudziesięciu metrów. Woda leje się z nieba tak, jakby ktoś polewał nas wężem ogrodowym. Kręcimy głowami - czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy. Po kilku kilometrach ulewa ustępuje tak, jakby ktoś nożem uciął, nawierzchnia jest sucha ! Kwadrans przed 21.00 znowu w deszczu docieramy do Bari. Kierujemy się do portu. Teraz nie tylko pada, ale też nieźle wieje. Jest ciemno jak diabli, wszyscy poruszają się ostrożnie 30 - 40 km/h. Przy wjeździe do portu zatrzymuję się na skrzyżowaniu na czerwonym świetle. Zatrzymawszy się czuję, że jakaś niewidzialna siła przewraca motocykl na bok. To "tylko" podmuch wiatru ! Zapieram się z całych sił i trzymam motor, który z bagażami waży ponad 300 kg + małżonka na tylnym siedzeniu. Udaje mi się utrzymać równowagę. Lecz w jednej chwili podmuch wiatru ustaje i teraz moja siła przewraca motocykl w przeciwnym kierunku. Olbrzymim wysiłkiem, ślizgając się na mokrym asfalcie opanowuję sytuację. Zapala się zielone światło i nie mogę ruszyć z miejsca, bo czuję, że wywrócimy się na środku skrzyżowania ! W końcu podjeżdżam do bramy portowej zapierając się mocno nogami i czuję ulgę. Co za horror !

W porcie jedyny prom płynie do Albanii, po greckim ani śladu. Żadnej informacji, pustka. Dzienny licznik wskazuje 950 km. Zastanawiamy się co dalej, jesteśmy zupełnie przemoczeni, w butach chlupie woda. Z moich internetowych informacji wynika, że z odległego o 100 km Brindisi prom do Grecji odpływa o 10 rano następnego dnia. Postanawiamy dojechać tam jeszcze dzisiaj, aby rano mieć "komfort czasowy". Co prawda autostrada się skończyła, ale dalsza droga jest dwupasmowa z betonowym pasem pośrodku. Jadę powoli, bo po obciążeniu bagażem, reflektor "strzela" w niebo i niewiele widzę, ale nie chce mi się po omacku ustawiać światła. Przy okazji oszczędzam benzynę, aby w następnym tankowaniu nalać dużo tańszej, greckiej. Po drodze mijamy dwa kempingi, ale chcemy nocować na kempingu w Brindisi. Mijamy to miasto, ale żadnego zjazdu na kemping nie widać, choć na mapie "stoi" jak byk. Włącza się kontrolka rezerwy, zawracamy. Napotkany na stacji benzynowej Włoch mówi, aby wjechać do miasta i tam będą drogowskazy na kemping. Wyjeżdżamy ze stacji i Marlena pyta, czy mam portfel. Odruchowo łapię się z kieszeń, nie ma ! Jeszcze to. Po hamulcach, przy zawracaniu o mało nie przewracam motocykla, 400 m pod prąd do stacji. Portfela na dystrybutorze nie widzę, okazuje się, że ... mam go w kieszeni, niedokładnie sprawdziłem. Uff, ale nerwy. Marzymy tylko o spaniu. W Brindisi rozglądamy się za kempingiem, żadnych drogowskazów, na ulicach pustki. Szczęściem trafiamy na karabinieri, pytam o kemping. Okazuje się, że kempingu tutaj nie ma. Wskazują nam hotel, który odnajdujemy po małym kluczeniu po jednokierunkowych uliczkach. Cena hotelu nie zbija nas już z nóg, zrobiła to jazda w korkach, upale, deszczu i ulewie, po 16 godzinach dzienny licznik wskazuje dokładnie 1100 km. O godzinie 2 w nocy kładziemy się do łóżek. Następnego dnia po dziesięciogodzinnym rejsie docieramy do Hellady.

Grecja to kraj bardzo życzliwych ludzi, żyjących bez pośpiechu, potrafiących używać życia. Kraj pięknych widoków, ok. 80 % powierzchni to góry. Trudno opisać wspaniały widok, kiedy zielone góry wyłaniają się wprost z intensywnie niebieskiego morza. Drogi to niekończące się zakręty. Chmary motocyklistów. Zresztą odnieśliśmy wrażenie, że poruszanie się pojazdem spalinowym to dla Greków sport narodowy. Wspaniała kuchnia. Podejrzanie wyglądające knajpy są najciekawsze - tam jadają tubylcy, a na tym się znają. Nasza wyprawa trwała 24 dni, przejechaliśmy 6000 tysięcy kilometrów, z czego po samej Grecji ponad 2000. Zobaczyliśmy najważniejsze i najsłynniejsze zabytki greckiej cywilizacji sprzed kilku tysięcy lat. Jednym słowem niezapomniane wrażenia. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócimy

Wracając byliśmy już mądrzejsi i oszczędziliśmy sobie drogi przez Włochy kupując bilet promowy do Wenecji. Okazało się, że sieć połączeń promowych nieźle się rozwinęła i przeprawa miała trwać tylko 24 godziny. Postanowiliśmy nie przepłacać i wybraliśmy miejsce najtańsze, czyli na pokładzie. Doszliśmy do wniosku, że rozłożymy materace, śpiwory i kulturalnie przenocujemy po gołym niebem.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy weszliśmy na pokład. Okazało się, że nasz pomysł wcale nie był nowy, ba, pasażerów śpiących w ten sposób było tylu, że ciężko był znaleźć wolne miejsce wokół burt. W końcu ulokowaliśmy się ... pod barem. Następnego dnia rano zebraliśmy bambetle, zeszliśmy mocować je do motocykla i znowu zaskoczenie - większość nocujących na pokładzie to motocykliści J i to w różnym wieku - nie zapomnę starszego mężczyzny w wieku ok. 60 lat na BMW R1100R.
Kiedy zjechaliśmy z promu, to myślałem, że zobaczymy gdzie jest ten port w Wenecji. Wyjechaliśmy na tym rozjeździe, wokół którego krążyliśmy... Ale z ręką na sercu, nie trafiłbym tam nawet teraz.

Droga powrotna była również emocjonująca. Kiedy zbliżaliśmy się do Alp, ale jeszcze po włoskiej stronie, postanowiłem zrobić zdjęcie, bo urzekł mnie widok gór, pięknie świeciło słońce. Zatrzymałem motocykl, zrobiłem fotkę i widzę na oponie dziwną rysę. Przyglądam się bliżej i oblał mnie pot - guma w najgłębszym miejscu bieżnika pęknięta wzdłuż na długości 3,9 cm. A przed chwilą jechałem 140 km/h. Lepiej nie myśleć co by było, gdyby... Los sprawił, że to zobaczyłem.
Ponieważ do granicy włosko - austriackiej nie było już żadnej większej miejscowości, postanawiam szukać pomocy w najbliżej położonym austriackim Villach. Kiedy tam dojeżdżam jest godzina 13 w sobotę. W jedynym czynnym jeszcze warsztacie wulkanizatorskim rozkładają ręce - jest fajrant, trzeba czekać do poniedziałku, wszystko pozamykane, opony nigdzie nie kupimy. A wokół olbrzymie warsztaty, wielkie reklamy Michelina, Dunlopa. Postanawiamy powoli jechać. Może uda się dojechać chociaż do Wiednia. Suniemy 70 km/h. Po drodze kilkakrotnie mijają nas te same rejestracje. Polacy oczywiście wykazują się chamstwem, wykorzystując nasza niską prędkość jako jedyni wyprzedzają na trzeciego. A cały czas w głowie kołatała mi myśl, czy opanuję motocykl, kiedy wybuchnie mi tylna opona. Po 10 godzinach jazdy docieramy do granicy austriacko-czeskiej. Oddychamy z ulgą. Najciekawsze jest to, że jadąc 70 km/h i praktycznie nie zsiadając z motocykla mamy tą samą średnią, co w tamtą stronę. Pewien Ford Transit wyprzedzał nas z dużą prędkością po raz pierwszy koło Villach, później jeszcze ze 2 razy, aż spotkaliśmy się na czeskiej granicy. Weźcie to po uwagę, jadąc w dalszą podróż. Następnego dnia o godzinie 21 szczęśliwie docieramy do domu..

P.S. Dziękuję Łukaszowi Słowikowskiemu za przygotowanie motocykla do podróży.

Komentarze

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się by dodać komenytarz.

Powered by AkoComment 2.0!

Zmieniony ( 22.03.2006. )
 
wstecz

Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 51 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.