Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Alpy.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow GRECJA arrow Kithira Na Gorąco
Kithira Na Gorąco PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Mazby   
20.03.2006.
Spis treści
Kithira Na Gorąco
Strona 2
Strona 3
Strona 4

By przyrządzić to danie niezbędne są następujące składniki: dwóch porąbanych motonitów, motocykl, karty kredydowe, upalne lato i można ruszać na Południe.


Reportaż ten dedykuję mojemu synowi Zbyszkowi.
Za wytrwałość, cierpliwość i wiarę w ojca.
... będzie miał daleko, by pokazać te wspaniałe miejsca swoim dzieciom.

 

Grecja zawsze była dla mnie wyzwaniem. Konflikt na Bałkanach uniemożliwiał jednak podróż wybrzeżem Adriatyku. Tranzyt przez Rumunię i Bułgarię jest przygodą samą w sobie, na którą jestem za stary. Pozostawał przejazd przez Włochy. Po krótkim anonsie w Świecie Motocykli złapałem kontakt z chłopakami z Piekar Śląskich. To oni rzucili hasło, że z Dubrownika odpływa prom do Grecji. Najnowsze wydanie przewodnika Pascal to potwierdziło i trasa została zmodyfikowana.
Tak zaczeła się "wielka włóczęga". Jesteście gotowi przeżyć to ze mną jeszcze raz? No to jak mawiali starożytni Grecy...Let's Rock and Roll !

19 Lipca.
Schłodzony poranną mżawką silnik mruczy jak kot. Szare chmury straszą opadem. 3000 obrotów to rytm, który "Baśka" lubi najbardziej. BMW nazwałem po mojej siostrze, cycata i narowista jak ona.

Jedziemy spokojnie utrzymując 90 km/h, co daje najmniejsze spalanie, taka prędkość do rozmyślań. Kwadrans temu spelniły się marzenia, ruszylismy motorem do Grecji.
Koniec roku szkolnego był nerwowy. Zbyszek zdawał do ogólniaka i Ewa nie chciała bym mu zawracał głowę wakacjami. A mnie, jak w kultowej powieści Roberta Pirsiga, marzyła się podróż z synem na skraj świata.
Wchodzimy na prostą w kierunku przejścia granicznego Chyżne. Czas przedmuchać wtryski. Szybka redukcja o dwa biegi. Zbyszek wie co to oznacza i przywiera do motocykla. Dokręcam 5000 obr. i czwórka, 6000 obr. i piątka. Jeszcze daleko do czerwonej strefy a zawirowania powietrza zaczynają szarpać bagażem. Ale to bydle ma przyspieszenie. R1100R bokser BMW o której śniłem 30 lat.
Kupiliśmy ją w środku zimy. Oczekiwanie na wiosnę było istną torturą. Trochę się obawiałem czy bez chłodzenia cieczą wytrzyma greckie upały . Mój syn skwitował to krótko
-słyszałeś Tata o "Dakarze"?

Słowacja. Za Żyliną spotkanie z Przemkiem i Sabiną. Jedynie oni zostali z ekipy, która deklarowała się chęcią wyjazdu. Hornet Przemka mija nas z rykiem i jesteśmy w komplecie. Grabula, buziaczki i kawa. Trasa już dawno ustalona więc gadamy o niczym. Nastrój super. Przed nami tysiące kilometrów w nieznane. Nabijamy się z naszych przeładowanych "Dromaderów". Pod tym względem bijemy ich na głowę. Jako człowiek z innej epoki zabrałem żarcie na cały wyjazd. Jeszcze kilka kadrów kamerą i maszyny zaczeły pożerać dewizy.

Autostrada do Bratysławy pusta. Mój kręgosłup zaczyna odczuwać jednostajną jazdę. Teraz do mnie dochodzi na co się porywamy. Zeszłoroczny spacer starym Virago do Norwegii to była bułka z masłem. Grecja to nie przelewki. Nie chodzi o kilometry. Przełom Lipca i Sierpnia to okres największych upałów i wysokich cen. We wrześniu młody zaczyna szkołę, więc nie było wyboru.
Pogoda się poprawia. Słoneczko nieśmiało przepala chmury. Podkręcamy do 120 km/h. Przemek na autostradzie ściąga cugle. Jego "Szerszeń" ma dużo większy apetyt. Tankujemy w Bratysławie. 7l/100km Horneta przy naszym 4,6 trochę nas martwi. Przemek próbuje przeczyścić filtr powietrza, ja ustawiam taśmę na przewijarce "road-booka". Rozpisanie całej trasy na papierowym pasku okaże się nieocenione w gąszczu skrzyżowań i rozjazdów. Śledzenie mapy wymagałoby częstych postojów.
Teraz musimy odskoczyć na Południe i unikać płatnych autostrad. Węgierską granicę przecinami jednak autostradą. Znaki ostrzegają, że musimy mieć "winietkę" opłaty - ryzykujemy.
Zjazd na Szombately i budka z kasą. Dużo machania rękami i paplaniny. Uparty kasjer żada gotówki, dużej gotówki. Nasze złotówki nie robią na nim wrażenia i żąda kart kredytowych. Z niewinnym usmiechem podaję mu rodzimą kartę telefoniczną. Załamany "bramkarz" puszcza nas za darmo między szlabanami.
90 km przez monotonny krajobraz Węgier i za Redics wpadamy do Słowenii. Kilka minut wyścigów po krętej szosie i po 9-ciu km. Chorwacja. Zrobiliśmy 600km. i czas na postój. Jazda jest tak wyśmienita, że tniemy dalej. Szosa coraz bardziej kręta i górzysta. Przemek znika przed nami zmuszając Horneta do karkołomnych skrętów. Serpentyny to ich żywioł, więc nawet nie próbuję go dogonić.
Przelatują z rykiem pod nosem patrolu z radarem. Naszej cichutkiej jak duch BMki nie usłyszeli, co ratuje nasz budżet, a nadwyręża ich gwałtownie obrócone szyje. Przez kilka minut zerkam we wsteczne lusterko.
Jest już ciemno, a my ze skrętu w skręt. Totalnie wykończeni stajemy na parkingu. Nawineliśmy 809 km i zabarkło nam tylko 60 km do Adriatyku. Odradzam ekipie spanie na parkingu i wbijamy się polną drogą w zarośla. Zmęczeni i głodni rozbijamy namiot przy malutkiej latarce. Dla mnie i Zbyszka stanie się to rutyną.

20 Lipca.
Świt. To nie był zły sen, w nocy naprawdę lało. Wszystko łącznie ze śpiworem mokre. Nie tak wyobrażałem sobie słoneczną Chorwację. Wychodzę z namiotu załamany. To nie chmury lecz gęsta mgła. Czubki drzew żarzą złocistym, słonecznym blaskiem. Człowieku, ty krucha istoto, jak niewiele ci trzeba by z głębokiego smutku przejść do ekstazy.
Śniadanko i pakowanko. Przemka akumulator nie wytrzymał wczorajszych iluminacji przy rozbijaniu namiotu i odpalamy motor na pych. Wpadamy na autostradę do Rijeki. Kilka płatnych bramek i przebijamy malownicze tunele. Kamera w ruch. Mijanki i pozowanie do filmu. Wtem po lewej ukazuje się lazur Adriatyku. Niebo bez jednej chmurki, co zmusza nas do kolejnego postoju i zrzucenia kolejnej warstwy ciuchów.

Image

Teraz możemy ciąć na Południe w stronę Dubrownika. Prawo Murphiego nakazuje sprawdzić promy już w Rijece więc skręcamy do miasta. Wyrywamy się z labiryntu estakad i dajemy w stronę wybrzeża. Jadę na przystań promów, a Przemek do kurortu Baśka (sic!) na legendarnej wyspie Krk.
W Rijece 30-stopniowy upał. Zbyszek reaguje rozdrażnieniem, co nie pomaga mi w ulicznych korkach. Odnajduję przedstawicielstwo linii promowej. Cios spada z najmniej spodziewanej strony.
Nie było, nie ma i nie będzie promu z Dubrownika do Grecjii. Wiem, że to wyrok dla Przemka i Sabiny. Jeszcze rozpaczliwie sprawdzam w konkurencyjnej firmie. Informacje w przewodniku Pascala były przedwczesne i nieprawdziwe. Jadę do Przemka by przekazać mu hiobowe wieści. Na wyspę wjeżdżamy przepięknym, płatnym mostem. Po 40 km ukazuje się nam południowe wybrzeże. Widok z wyspy Krk na Adriatyk zapiera dech.
Przemek i Sabina są załamani. Po krótkim remanencie finansów podejmują decyzję, której się obawiałem. Dla nich to koniec trasy. Spędzamy ostatnią wspólną noc na kampingu w Starej Baśce. Kamping tandetny i drogi. Kasują nas po 20 DM od zespołu, co wraz z ceną benzyny i zimnym morzem każe nam uciekać z Chorwacji.

21 lipca.
6.00 rano. Jedziemy przez Włochy. Jeszcze nie wiemy, skąd weżmiemy prom do Grecji. By obetrzeć łzy po stracie Przemka i Sabiny odbijamy do Postojnej Jamy w Słowenii.
Jaskinia Postojna robi wrażenie. Spotykamy polską wycieczkę i wspólnie bawimy się w ciuciubabkę z przewodnikiem po jaskini, łamiąc zakaz filmowania.
Do Gorizia przecinamy przepiękną dolinę Kras Brkini. Tankujemy nieco tańszą słoweńską benzynę (1.53 DM) i atakujemy Italię. Tu robimy pierwszy błąd.
Wjeżdżamy do Wenecjii z bagażami. Parkingi strzeżone nas nie przyjmują obawiając się kradzieży naszych tobołów. Zanosimy na piechotę graty do przechowalni na dworcu kolejowym, co okazuje się kolejną głupotą (te przepiękne weneckie mostki). Chamstwo dworcowej obsługi nas dobija. O godzina 22.30 stajemy na Placu Świętego Marka zupełnie nie wiedząc po co. Zwrot przez rufę i kierujemy się w stronę Ravenny.

22 lipca.
Jedziemy całą noc. Cały czas teren zabudowany i nie ma gdzie zorganizować biwaku. Około drugiej nad ranem skręcamy w pole kukurydzy i jednym ruchem rozbijamy namiot.
O 9.00 zrywka i w trasę. Za Ravenną mamy już dość korków i łamiemy żelazną zasadę antyautostradową. Fundujemy sobie płatną do Ankony i gaz do dechy. Na szosie tłok. Trzy pasy pełne aut i wszyscy tną ponad 120, horor.
Ankona wita nas ultramarynowym morzem i pięknymi plażami. Mamy prom od strzału. Za 280 DM Adriatyk jest nasz na 18 godzin. Za nami 1830km. Na pokładzie spotykamy cztery BMki. Chłopaki potwierdzają klekotanie skrzyni biegów przy upałach i zapewniają, że to normalka. Sprawdzam poziom oleju i idziemy na pokład. Rozkładamy obóz koło basenu i padamy jak kawki. Dyskretnie pichcę kolację i lulu.

23 lipca.
Noc na pokładzie wspaniała. Rano budzi nas słoneczko i zapach kawy, którą muszę sam zaparzyć. Z nudów biorę długi prysznic, co zapoczątkuje niesamowity splot wydarzeń.
Zostawiam pod prysznicem saszetkę z dokumentami. Błyskawicznie wracam i przepraszając kąpiącego się młodziana zabieram dobytek. Po chwili dochodzi do mnie, że klient był pod prysznicem kompletnie ubrany i w panice sprawdzam dokumenty. Wszystko jest prócz 900 DM, czyli całej naszej gotówki.
Na ugiętych nogach sprint do łazienki. Kabina pusta. Rozpacz miesza się ze złością. Dałem się zrobić jak przedszkolak. Załamany Zbyszek pyta czy to koniec wakacji. Niespodziewanie szybko opanowuję rozpacz i zmuszam się do myślenia.
Widziałem twarz złodzieja i on o tym wie. Co ja bym zrobił na jego miejscu? Wracam pod prysznic i szukam jakiegoś schowka. Facet nie ryzykowałby wyjścia z kabiny z łupem. Pruję poszycie sufitu i nic. Pędzę do recepcji. Robię raban na cały statek, ale oficerowie mnie olewają. Przez kilka godzin patrolujemy pokład próbując rozpoznać złodzieja. Zostały nam karty kredytowe. Zapewniam Zbyszka, że jedziemy dalej.
W pewnej chwili podchodzą do mnie trzej faceci o wyglądzie gangsterów. Pytają czy coś mi zgineło. Wściekłość bierze górę i już mam pierwszego na celowniku. Okazuje się, że to wychowawcy z poprawczaka. Jeden z ich podopiecznych mnie obrobił, a oni go nakryli. Oddają mi całą gotówkę. Faktycznie ich pupilek schował moją forsę w prysznicu. Moi wybawcy bali się ją odzyskać, żeby sami nie wyszli na złodziei. Emocje opadają i rozstajemy się w przyjażni (no prawie).

Około 14.15 dobijamy do Igoumenitsy w Grecji. Wielka radość i wzruszenie. Zaskakuje nas cisza i spokój. Spodziewaliśmy sie tłumów turystów.
Tankujemy i atakujemy piętrzące się na horyzoncie góry. Łagodne serpentyny i wspaniała nawierzchnia pozwalają utrzymać przyzwoite tempo. Zawory i łańcuszki rozrządu przypominają o wysokiej temperaturze. Komputer precyzyjnie reguluje skład mieszanki, co daje idealną pracę silnika na coraz większej wysokości.
Kierunek - Ioanina. Zatrzymujemy się na przełęczy delektując się chłodniejszym górskim powietrzem.
Dogania nas globtroter na rowerze. Amerykanin przejechał już pół Europy i podąża do Istambułu. Czujemy się przy nim tacy malutcy.

Mijamy wywróconego TIRa, co uświadamia nam potęgę greckich gór. Przed Ioaniną trafiamy na pierwsze skutki wejścia Grecji do Unii Europejskiej. Nowe szosy, nowe rozjazdy i kompletny brak zgodności z nową mapą. Wielkie niebieskie tablic informują, że cały bałagan funduje Unia.
Odbijamy od zaplanowanej trasy na Północ. Chcę odnaleźć górę Astraka. U jej podnóża moja żona, blisko 20 lat temu, eksplorowała jaskinie. Skręcamy w wąską asfaltówkę na Papigo. Wspinamy się na płaskowyż z którego ukazuje się naszym oczom niesamowity widok.
Przed nami przepastna dolina. Po jej drugiej stronie ogromny skalisty masyw górski. Na jego pionowej ścianie ktoś dla żartu zarysował zygzakowatą kreseczkę, to nasza szosa. Zaczyna się sciemniać. Spadamy w dolinę gdzie przecinamy malowniczo oświetlone miasteczko.
Po drugiej stronie zagubionej doliny zaczynamy wspinaczkę. Noc nas zastaje w czasie pokonywania coraz ciaśniejszych zakrętów. Przypomina to wspinanie się po półkach skalnych. Ogromny bagaż pozwala tylko na jedno złożenie się w skręt. Pierwszy bieg i półsprzęgło, ale wciąż za szybko i wyrzuca mnie na przeciwny pas. Smród tarczy sprzęgłowej świadczy o dezaprobacie "Baśki" na takie ekscesy. Przed każdym zakrętem Zbyszek krzyczy "wolna !", co pozwala mi zwiększyć łuk skrętu. Jak 20 lat temu Ewa wspinała się starą Nyską, tego nigdy nie zrozumiem. Wjeżdżamy do odciętego od świata Papigo

Image

Zaskoczeni odnajdujemy przepiękną wioskę. Liczne tawerny i panujący w nich ruch świadczy o obecności zamożnych turystów. Nad maleńką wioską góruje potężna Astraka.
To tutaj w 1981 cztery polskie dziewczyny ustanowiły rekord głębokości w penetracji jaskini wertykalnej (pionowej studni) przez damski zespół. Laseczki jechały na linach 400m w głąb Jaskini Provatina. Rozgrzane tarciem przyrządy polewały wodą, by nie przepaliły się liny.

Image

Nocujemy w lasku opodal wioski.


Zmieniony ( 22.03.2006. )
 
dalej »

Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 15 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.