Turystyka motocyklowa www.MOTOSTRADA.net - czyli podróże motocyklem i wyprawy motocyklowe
Szukaj w MOTOSTRADZIE:
Dania.jpg
START arrow REPORTAŻE arrow UKRAINA arrow 3500 kilometrów przygód
3500 kilometrów przygód PDF Drukuj E-mail
Wpisany: Stranger   
11.03.2006.
Spis treści
3500 kilometrów przygód
Strona 2
Strona 3

Ktoś powie, że trzy i pół tysiąca kilometrów to betka i pewnie będzie miał rację, ale nie jest istotne według mnie ile się przejedzie, lecz to, co zdoła się zobaczyć i przeżyć ciekawego podczas takiej podróży.

Wyjazd na Ukrainę zaplanowany został przez Ryśka, który był już tam wcześniej.

Generalnie to mieliśmy w planie zgoła inny kierunek, czyli Norwegię, ale jak ogólnie wiadomo nie jest tam tanio a pieniądze od sponsorów, które udało nam się zdobyć, niestety nie wystarczyłyby na opłacenie chociażby części wyjazdu. Muszę w tym miejscu dodać, że Bogdan Bramski ( AZTEC ) jeden z dwóch sponsorów, który dał sporo grosiwa na dzień dzisiejszy zdecydował się zostać członkiem naszego klubu zrzeszającego wariatów zakręconych na punkcie podróżowania motocyklem.

Jest to wspaniały kompan posiadający niespożytą ilość pomysłów i po okresie kandydackim bankowo dostanie barwy klubowe.

Do wyjazdu przysposobili się Renia i Paweł Jakubowscy na Yamaha Tenere, Rysiek Piotrowski i Bianka Naciążek na BMW R1100 RS, Artur Biedroń z Gosią na Yamaha XJR 1300, Zbyszek jadący solo także na klocu XJR 1300 i Aztec na Transalpie. Jechał z nimi ktoś jeszcze z Krakowa, ale tylko do Rumunii i niestety nie miałem okazji poznać człeka.

Wszyscy wyżej wymienieni po noclegu u Reni i Pawła, którzy nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz przeżywali okupację swojego domu popyrkali sobie przez Słowację, Węgry, Rumunię i Mołdawię do Odessy.

O tym, co spotkało ich po drodze napiszą sami i pewnie w niedługim czasie będzie można poczytać sobie o tym na naszej www.strangers.riders.pl

Ja niestety z powodu skromności budżetu zmuszony byłem do opracowania wersji specjalnej (czyt. oszczędnościowej) wyprawy. Zresztą i tak musiałem pracować dwa tygodnie poświęcając część urlopu na zgromadzenie jakiejkolwiek gotówki na wyjazd. Miałem to szczęście, że mam super szefa i bez problemu zgodził się na to, by z roli windykatora na te dwa tygodnie zrobił się ze mnie malarz pokojowy. Robiłem mały remont biura, w którym mam okazję pracować.

Takim, więc dziwnym sposobem sam sobie i żonie zasponsorowałem wyjazd, który zacząć się miał w Mrągowie, a którego celem miała być Odessa oraz spotkanie z założycielem Międzynarodowego Stowarzyszenia Motocyklistów STRANGERS, (którego zresztą mam okazję być członkiem) i z grupą, która tydzień wcześniej pojechała przez Rumunię.

Inni motocykliści i nie tylko pukali się w czoło i nie wróżyli nam nic dobrego. Gdzie jedziecie, mówili, i to na dokładkę sami? Okradną was, motur zabiorą i spiorą na dokładkę.

Fakt, że słyszałem sporo niezbyt pochlebnych opinii o naszych wschodnich sąsiadach i o tym, co może spotkać tam samotnie podróżujących bikerów. Szczerze mówiąc, niewiele obchodziły mnie te przestrogi i na przekór temu postanowiliśmy z żoną sami poznać prawdę o tych rejonach Europy.

Tak, więc ruszamy w Sobotę 2 sierpnia bladym świtem ( 6,00) mając na uwadze to, że na granicy może być różnie i pewnie troszkę czasu będziemy potrzebować na formalności związane z odprawą paszportową, itp.. Zazwyczaj nie mam zwyczaju wstawać zbyt wcześnie podczas wolnych dni, ale przed każdym wyjazdem jest jakoś tak, że nie bardzo mogę spać i wstaję jak to się zwykło mawiać z pianiem koguta, i to bez pomocy budzika. Droga do granicy to w zasadzie nic nadzwyczajnego. Przejeżdżamy przez Treblinkę – szkoda, że nie bardzo mamy czas na zwiedzenie. Jedziemy sobie nieśpiesznie, wręcz relaksacyjnie, tak jak lubię najbardziej. Nasz stary poczciwy GS cudnie mruczy.

 

20 km. przed Lublinem jadąc od strony Radzynia Podlaskiego zatrzymujemy się w miejscowości Niemce.

Potrzeba uzupełnienia kalorii, i chęć zażycia odrobiny kofeiny zaprowadziła nas do Karczmy Piastowskiej, leżącej w centrum przy samiutkiej ulicy. Dzięki temu siedząc w “ogródku” mogliśmy obserwować naszego jucznego, co by jakiś rabuś nie buchnął nam bambetli. Polecam to miejsce wszystkim. Tanio, smacznie i sympatycznie. Za fajny obiadek dla dwojga płacimy niecałe 30 zł.

Kurcze jak mnie but ciśnie.

Do granicy dolatujemy szybko i bez problemów. Kolejka nie jest zbyt długa, ale trochę aut przed nami stoi. Jest dosyć ciepło, więc co Wam będę mówił, wiecie jak to bywa, gdy wszystko w jednej chwili zaczyna się kleić do dupy i nie pomagają nawet goretexowe wynalazki.

Eeee, no pewnie, że do przodu bym między katamaranami na początek kolejki się puścił, ale niestety 10 m od nas stoi radiowóz z obsadą, a chcąc ominąć auta trzeba po ciągłej linii pojechać, no i co tu robić?

W końcu, gdy jeden z mundurowych przechodzi obok nas pytam, co by było gdybym tak boczkiem, boczkiem na początek kolejki się udał. Wzruszył tylko ramionami i powiedział “jedźcie”.

Potem oczywiście jakieś papierki, świstki i stempelki ( wszystko sprawnie i szybciuchno), a wśród nich tzw. “imigracyjna kartka”(kto powiedział, że ja chcę tu zostać?). I nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że ten dokument, który jesteśmy zmuszeni wypełnić na granicy Polsko-Ukraińskiej jest po rosyjsku, ukraińsku i...... angielsku. Co jest? Gębę trochę rozdziawiłem, że nie jest też po polsku ( z angielskim sobie radzę, ale to w końcu granica z Polską, a nie z Ameryką) , i już chciałem powiedzieć gościom, że nic nie rozumiem i żeby sobie sami to wypełnili, ale daję za wygraną, w zasadzie na odwal coś tam gryzmolę i oddaję w okienku. Dostaję oderwaną część tego dokumentu, którą jestem zobowiązany oddać przy wyjeździe z Ukrainy (nie oddałem, nie chcieli).

W jednej chwili wszystko się zmienia. Jest tak jakoś ponuro i smutno. Przejeżdżamy 5 km i zatrzymujemy się na stacji benzynowej w miejscowości Rawa Ruska. Teraz to sobie zatankuję ( 1 litr paliwka to ok. 1,5 zł).

Niestety nie mam jeszcze tutejszej waluty, ale nie stanowi to problemu tak blisko granicy i płacę złotymi, ba nawet trochę wymieniam. Jadąc przez samo miasteczko, czy przez sporą wioskę, jak kto woli o mały włos nie wpadamy do studzienki kanalizacyjnej, z której jakiś dowcipniś zakosił wieko. Z wnętrza tej dziury sterczało tylko kilka patyków, które ktoś wetknął dla ostrzeżenia. Z podobnym przypadkiem mieliśmy okazję spotkać się jeszcze raz już w samej Odessie, z tą tylko różnicą że tam widziałem studzienkę o wymiarach jakieś 70 na 120 cm i 00, przy odrobinie nieuwagi można by było “zaparkować” w tej jamie cały motocykl.

Generalnie drogi w tym naprawdę ciekawym kraju mają trochę gorszą nawierzchnię niż u nas ale są za to szersze i mniej pokręcone. Wszystkie większe miasta przez jakie przejeżdżaliśmy miały obwodnice. Oznakowanie też jest do przyjęcia. Raz tylko czy dwa miałem problem z wybraniem odpowiedniego kierunku na rondzie, ale to drobiazg.

Po drodze, gdzieś w szczerym polu mamy okazję podziwiać przez chwilę ogromny pomnik, który stoi samotnie i licho wie czemu ma służyć w takim miejscu.

Dojeżdżamy do Lwowa i tam właśnie dopada nas deszcz. Nie ma sensu się wbijać w gumy, bo mamy tu zaklepane spanko u Ani, która jest ukrainką studiującą w Polsce. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, której strzeże dwóch gruboszyich gości w kamizelkach kuloodpornych – poważnie. Moja małżonka ma jak na razie mieszane uczucia po “tej stronie”. Nie za bardzo jej się podoba (na razie).

Pytamy o drogę do domu Ani i jej rodziców. Obsługa stacji okazuje się być bardzo sympatyczna i proponuje nawet że możemy zadzwonić z firmowego telefonu.

Trafiamy na miejsce.

Muszę dodać że Anię poznałem jakieś dwa tygodnie wcześniej przez Internet i w zasadzie przyjmując nas pod swój dach nic o mnie i o mojej żonie nie wiedziała ani ona, ani jej rodzice. Pomimo tego byliśmy zaskoczeni tym, w jaki sposób nas ugoszczono. Motocykl powędrował do dobrze strzeżonego garażu a nas posadzono za stołem i suto karmiono i pojono. Rodzice Ani to przesympatyczni ludzie.

Po kolacyjce, już o zmroku wypuszczamy się jeszcze w miasto, a co!

Jedziemy do centrum najbardziej popularnym tutaj środkiem lokomocji, czyli niewielkim busem zatrzymującym się na życzenie. Koszt od głowy to niecała hrywna. Niestety nie zbyt wiele udaje się zobaczyć o tej porze. Do tego miasto jest prawie nie oświetlone. Siadamy więc przy piwku w knajpce, a zaraz potem wracamy oddać się w ramiona Morfeusza.

Wczesna pobudka jakoś kiepsko nam wyszła a do tego trzeba było jeszcze posiedzieć przy stole i uporać się z wielgachnym śniadaniem. No i trzeba jeszcze zdążyć się umyć zanim z kranu przestanie cokolwiek lecieć. Trzeba wam wiedzieć, że w całym mieście woda jest tylko w godzinach od 6.00 do 9.00 rano i od 18.00 do 21.00 i to tylko zimna. Dzieje się tak od bardzo dawna, a powodem tego jest to, że zbyt wielu ludzi po prostu nie płaci rachunków za jej używanie.

 

 

Wyjeżdżamy ok. 10. Planujemy dojechać do miasta Umań (ok. 400 km ) i tam gdzieś rozbić namiot na kempingu, lub u tubylców w zagrodzie. Tata Ani wyprowadza nas autem za miasto. Szybkie pożegnanie i znów jedziemy.

Jeeeejjku tylu różnych wersji motocykli jeszcze nie widziałem nigdy i nigdzie. Wszystkie bazują na popularnych tutaj Uralach, Dnieprach, Iżach i Jawach. Niemal 100% wszystkich zaopatrzona jest w tzw. kolaskę.

I tak np. spotkać można wersję łąkową, na której to w wózku bocznym przewozi się trawę, lub sianko. Następna to wersja ogrodowa do przewozu arbuzów. Są też wersje rodzinne, a do tego dość często zobaczyć można coś tak jakby na wzór Czterech Pancernych i Gustlika, gdzie kierowca motocykla odziany jest w wojskowe moro i hełmofon czołgisty, a wygląda jakby jechał na jakiś plan filmowy. Nie przypominam sobie też bym widział jakiegokolwiek motocyklistę w kasku. Serio nic nie zmyślam, wszystko to widziałem na własne ślepia.


Zmieniony ( 20.03.2006. )
 
Poczta
Nie masz nowych wiadomości
Krótki przekaz


Pisać mogą zalogowani
Logowanie
Gościmy ON-line
Odwiedza nas 32 gości
(C) 2018 MOTOSTRADA.net
Joomla! wolnym oprogramowaniem udostępnianym dostępnym na warunkach licencji GNU/GPL.